Latest Posts

nie oglądam telewizji

ŻYCIE Z TELEWIZOREM, ALE BEZ TELEWIZJI

Od 11 lat nie oglądam telewizji. Nie oznacza to, że nie mam w domu telewizora, ani że nie oglądam niczego i nie orientuję się we współczesnej popkulturze. Ba, jester nawet przekonana, że aby mieć pojęcie na temat świata i konsumować rozrywkę i kulturę trzeba właśnie zrezygnować z oglądanie tradycyjnej telewizji.

Telewizja to nałóg, ale uświadomiłam sobie to dopiero, gdy jej zabrakło w moim życiu. Po przeprowadzce do Anglii nie mieliśmy telewizora – były po prostu inne priorytety niż wydawanie kasy na odbiornik i abonament. Na początku nie potrafiłam zapełnić tej pustki powstałej po odstawieniu telewizora. Nie brakowało mi jakiegoś konkretnego programu, nawet nie do końca mogłam sobie po jakimś czasie przypomnieć sobie co jak tak na prawdę wcześniej oglądałam w tej telewizji! Znikną ogłupiacz i zabijacz czasu a ja nie wiedziałam co z tym odzyskanym czasem zrobić. Oczywiście pierwsza myśl to kupić telewizor i zacząć znowu oglądać. Na szczęście (teraz wiem, że na szczęście. Wtedy mnie to denerwowało!) nie mogliśmy sobie na to finansowo pozwolić. Poza tym mieszkaliśmy w kiepskich warunkach i nawet nie było by miejsca na telewizor.

Tak mijały miesiące a ja coraz mniej myślałam o tym problemie. Gdy tylko udało nam się przeprowadzić do lepszego lokum i uzbierać jakieś pieniądze, to zainwestowaliśmy w komputer. Znowu można było oglądać filmy i grać! Po jakimś czasie uświadomiliśmy sobie, że w pokoju mamy podłączenie do kablówki… i podłączyliśmy ją do komputera. Ależ była radość…. przez jeden wieczór. Nie mogliśmy znaleźć nic ciekawego do oglądania, denerwowały nas reklamy, filmy leciały jakieś stare i takie, które już widzieliśmy. Nigdy nie byłam fanką teleturniejów czy programów typu Idol, Gwiazdy coś tam na lodzie i innych sitcomów oraz telenowel a teraz wydały mi się one jeszcze głupsze i zupełnie nie do oglądania. Po kilku dniach odłączyliśmy kablówkę i tak zakończyła się na zawsze moja przygoda z oglądaniem telewizji.

Nie oglądam telewizji, ale mam telewizor i do tego całkiem pokaźnych rozmiarów. Duży telewizor, konsola do gier i zestaw głośników zajmuje większą część naszego salonu. Jednak w domostwie dwóch zapalonych graczy (ja już teraz mniej) i kinomaniaków nie może być inaczej. Skąd jednak czerpiemy filmy i inną rozrywkę, skoro nie mamy kablówki i żadnej anteny, odbiornika umożliwiającego nam odbiór kanałów telewizyjnych? Tutaj wybór jest ogromny.

  • Filmy na płytach: filmy na płytach można oglądać przez konsolę. My akurat mamy Play Station 4 Pro, ale na pewno na Xboxie i innych też można oglądać. Jednak teraz praktycznie już z tej możliwości nie korzystamy, bo wszystko można dostać elektronicznie przez
  • Netflix/ Amazon / AppleTV i inne: serwisy typt Netflix działają na zasadzie abonamentu. Płacisz miesięcznie i masz dostęp do setek filmów, seriali i programów. Który wybrać? Nie wiem, to kwestia indywidualnych preferencji. My akurat mamy Netflix ponieważ podobają nam się seriale ich produkcji, ale jeśli chodzi o wybór filmów to szału nie ma. W większości to starocie, telewizyjne produkcje albo jakieś kino klasy B. Są też nowości, ale pojawiają się z opóźnieniem i nie wszystkie. Przez chwilę mieliśmy Amazon, tylko 30 dniowy darmowy pakiet, ale jakoś nam nie podszedł więc zrezygnowaliśmy. Fajną natomiast opcją jest AppleTV, szczególnie jeśli ma się już inne sprzęty Appla. Ja czasem coś wypożyczam na iTunsach żeby pooglądać na telefonie albo laptopie, ale jak ma się AppleTV to można też oglądać na telewizorze. iTunes są dość drogie, ale chyba tam jest dostępna największa ilość nowości. Chyba wszystkie tego typu serwisy oferują miesięczny darmowy trial, więc najlepiej spróbować wszystkie i zdecydować się na ten, który nam najbardziej odpowiada.
  • YouTube: moja relacja z YouTubem jest…skomplikowana. Przez bardzo długo sądziłam, tak jak większość dorosłych ludzi, że jest to zbiorowisku głupich i prymitywnych filmików dla dzieciaków. Wiecie, ktoś dostał w głowę miotłą, kot spadł ze stołu i tak dalej. Poniekąd jest to prawda, ponieważ większość kontentu na Tubie jest strasznie słaba. Mimo wszystko na YouTube na prawdę można znaleźć fajne i wartościowe rzeczy. Fajne to takie przy których można się rozerwać, komedie, śmieszne skecze, czasem nawet całe seriale komediowe. Wartościowe to rożnego typu filmy dokumentalne, recenzje, poradniki – jeśli masz jakiś problem, interesuje cię jakieś zagadnienie, to na Tube na pewno znajdziesz jakiś filmik na ten temat. Od tego jak najlepiej jest obierać i kroić awokado, przez poradniki jak zbudować mur albo dobrze położyć tapetę,  do całych serii uczących fotografii albo tworzenia stron internetowych. Wszystko, na YouTubie jest wszystko. Tylko często niestety trzeba przebrnąć przez masę tandety, żeby znaleźć coś wartościowego. To jest trochę tak jak przerzucanie kanałów na kablówce – pstrykasz tak długo, aż trafisz na coś, co cię interesuje.

Często ludzie mówią, że telewizja jest im jedynie potrzebna do oglądania wiadomości. Kiedyś faktycznie było to najszybsze i chyba nawet jedyne źródło aby dowiedzieć się co tam w świecie piszczy. Nikt się nie zastanawiał, czy podane informacje są prawdziwe. Nie było za bardzo możliwości aby je zweryfikować. Po drugie nie było takich podziałów jak teraz i media nie dzieliły się na lewe i prawe. Nawet jeśli przemycały jakiś światopogląd, to nie robiły tego w tak nachalny i chamski sposób (obecnie robią to już obydwie strony, nie tylko TVPiS). Internet daje możliwość zobaczenia materiałów źródłowych, np. można zobaczyć co dany polityk faktycznie powiedział, a nie tylko posłuchać jak jego wypowiedź referuje pani dziennikarka. Poza tym są jeszcze agencje informacyjne, takie jak na przykład Reuters, gdzie są tylko fakty. Następnie można zapoznać się jak ta informacja została przekazana w różnych mediach – poziom manipulacji osiągnął już wyżyny bezczelności, nie wiem kto jeszcze się na to nabiera.

Miłym aspektem nieoglądania telewizji jest także niepłacenie abonamentu. Nie wiem ja to jest w Polsce, ale opowiem jak to działa w UK. Tutaj można zadeklarować, że odbiornik telewizyjny się ma ale telewizji się nie ogląda i tym samym nie będziemy musieli płacić. Dostaje się pismo z potwierdzeniem i ostrzeżeniem, że w każdej chwili mogą przyjść sprawdzić czy aby na pewno nie oglądasz – jak długo tu mieszkam jeszcze nigdy u mnie nie byli. Gdyby jednak komuś przyszło do głowy oglądanie bez płacenia abonamentu to już informuje, że szybko może dostać list z wezwaniem do zapłacenia kary bo po kraju krążą tajemnicze TV detector vansNie do końca wiadomo czy one istnieją na prawdę, czy to tylko miejska legenda. Faktem jest, że kiedyś moja koleżanka zaczęła oglądać ‘nielegalnie’ i już po tygodniu dostała list z ostrzeżeniem…

Ile oszczędzam? Abonament telewizyjny wynosi £147 rocznie, lub £12.25 miesięcznie. Publiczna telewizja jest oczywiście taka sobie i jest mały wybór, więc większość ludzi kupuje też jakiś pakiet kanałów. Koszt najtańszego pakietu to około £20 miesięcznie. Razem to ponad £30 miesięcznie! Wolę więcej zapłacić za szybszy Internet albo iść do kina niż wydawać na gównianą telewizyjną rozrywkę przerywaną co chwilę reklamami środka na przeczyszczenie.

W UK telewizja publiczna jest dużo fajniejsza od Polskiej i czasem robią na prawdę fajne programy i seriale. Na przykład filmy przyrodnicze i seriale takie jak Taboo albo People Just Do Nothing. Nie umrę jednak jesli nie zobaczę ich w dniu premiery i mogę spokojnie poczekać aż pokażą się na DVD albo na jakiś serwisach online.

Teraz jest tak duża różnorodność i tak wielki wybór, że trwanie przy tradycyjnej telewizji jest bez sensu. Większość z nas ogląda to po prostu z przyzwyczajenia, albo z braku wiedzy o alternatywnych rozwiązaniach. Brak Jedynki, Polsatu czy TVN nie oznacza, że trzeba siedzieć w ciszy i z książką.  Można na przykład Netflix and chill

london styline

NIE BĄDŹ GROŹNY I GŁUPI

Wczoraj był ciepły wieczór. Siedziałam przed komputerem, w całym domu były pootwierane okna. Na naszej ulicy jest raczej cicho, tylko czasem krzyknie gdzieś lis, trzasną drzwi samochodu, zaśmieją się sąsiedzi siedzący przy grillu kilka domów dalej. Typowy wieczór na przedmieściach dużego miasta. W oddali Londyn miga i błyszczy a jak podejdę na róg naszej ulicy, to widzę migotliwe wieżowce Canary Wharf.  Często słyszę i widzę fajerwerki rozbłyskające nad miastem. W Londynie prawie codziennie są gdzieś fajerwerki – to z okazji Divali, Hanuki, amerykańskiego Dnia Niepodległości, czy z powodu setki innych festiwali. Mieszanka kultur, tradycji i zwyczajów tworzy to miasto i jego niepowtarzalny klimat.

Wczoraj wieczorem, około 22, w oddali również było słychać fajerwerki. Tylko tym razem mój umysł zabrał mnie w mroczniejsze zakątki podświadomości i podszepnął mi, że może te wybuchy to odgłosy bomb i wystrzałów, że może właśnie zaczął się kolejny atak terrorystyczny.  Zadumałam się nad tym chwilę, ale szybko mentalnie machnęłam ręką i wróciłam do idei fajerwerków.

Dwie godziny później mąż krzyknął do mnie z innego pokoju żebym sprawdziła wiadomości. Zamach. Kolejny zamach. O godzinie 22.08 biała furgonetka wjechała w pieszych na moście London Bridge a chwilę później wyskoczyło z niej trzech osobników z nożami i zaczęli atakować przypadkowych ludzi. Reszta historii jest już znana całemu światu.

Dziś rano obudził mnie śpiew ptaków i promienie słońca. Szybko postanowiliśmy, że tak piękny dzień trzeb spędzić gdzieś w plenerze. W grę wchodził space po Londynie i jednym z jego przepięknych parków, albo wypada nad morze. Stanęło na wypadzie nad morze. Nie pojechaliśmy do centrum miasta nie ze strachu przed kolejnym zamachem. Raczej chcieliśmy uniknąć stania w korkach – oczywiste jest przecież, że po takich wydarzeniach ulice wokół London Bridge będą zamknięte oraz że na pewno będą wzmożone środki bezpieczeństwa, a to będzie się wiązać się z utrudnieniami komunikacyjnymi. Spędziliśmy miły dzień na wybrzeżu w hrabstwie Kent.

Puby i restauracje były pełne roześmianych ludzi, na plaży piknikowały rodziny i grupy roześmianej młodzieży. Normalny dzień. A jutro rano, tak jak zawsze w poniedziałek, wsiądę w pociąg i pojadę do pracy. Po drodze minę stację London Bridge i zobaczę Borough Market. Normalnie stacja jest pełna ludzi na do kawiarni Monmouth na Borough Market stoi już długo kolejka spragnionych kawy. Jutro prawdopodobnie stacja będzie zamknięta a okolice kawiarni opustoszałe. Wysiądę na końcowej stacji Charing Cross i na pewno zobaczę uzbrojonych policjantów. Na Trafalgar Square kupię kawę na wynos i spacerem przez The Mall pójdę do pracy, gdzie oprócz naszej standardowej uzbrojonej ochrony na pewno będzie też wojsko. O 11 przerwiemy pracę by uczcić pamięć zabitych minutą ciszy. Wszyscy będą mówili ‘It is terrible’ albo ‘Horrendous’ i będą kręcili głowami z niedowierzaniem. Ale nikt nie będzie się bał. Będzie po prostu bussines as usual.

Ja również nie będę miała napadów paniki gdy zobaczę kogoś o ciemniejszym kolorze skóry. Nie będę zaciskać pięści gdy w parku zobaczę modlących się muzułmanów. Nie będę chciała przepędzić uchodźców. Nie będę chciała burzyć meczetów. Nadal będę chodziła na kawę czy okazjonalnego kebab do Whitechapel, dzielnicy określanej w polskich mediach jako zawłaszczoną przez wyznawców Islamu i miejsce gdzie innowiercy nie mają wstępu. Na pewno też nie zacznę popierać prawicowych, populistycznych opcji politycznych. Ponieważ każdy fanatyzm jest niebezpieczny. I głupi. Groźni i głupi są fanatyczni katolicy, groźne są wojujące feministki, matki-polki, strażnicy moralności zaglądający innym do sypialni, groźny jest nacjonalizm, groźni są fanatyczni ekolodzy, żydzi, amisze i wyznawcy wszelkich złotych cielców.  Głupia i groźna jest popchnięta do granic absurdu polityczna poprawność.  

Nie bądź groźny i głupi. To do niczego nie prowadzi. Lepiej przyjedź do Londynu i pójdziemy na kawę do kawiarni Monmouth na Borough Market. Odstoimy swoje w kolejce a potem z filiżanką i ciastkiem typu scone usiądziemy na krawężniku w towarzystwie turystów z Ameryki, dostawcy warzyw z Iranu, roznosiciela gazet z Pakistanu, grafika z Indii, właściciela pub z Glasgow, policjanta w turbanie oraz z kelnerką z Polski.

london river

ASK OG ENG, CZYLI BAMBUSOWA KUCHNIA

Minimalistyczna kuchnia wykonana z ekologicznego materiału? Skandynawski design w połączeniu z japońską estetyką? Poznajcie Ask og Eng, czyli duet Kine Ask Stenersen i Kristoffera Eng. Kine i Kristoffer projektują i wykonują piękne babusowe meble. Założyli swoje studio w 2016 i bardzo szybko zyskali uznanie i podziw. Nic dziwnego bowiem ich projekty zachwycają swoją prostotą a także zaskakują wyborem głównego materiału. Ich kuchnie i inne meble w całości wykonane są z bambusa.

Bambus  to tak na prawdę trawa, a do tego trawa bardzo szybko rosnąca. Już po upływie 4-6 lat nadaj się do ścięcia. Dla porównania drzewo potrzebuje przeciętnie 50 lat. Dodatkowo do uprawy bambusa nie ma potrzeby stosowania żadnych nawozów i innej chemii ponieważ jest on niesłychanie odporny i mało wymagający. Czyni to bambus drewnem bardzo ekologicznym i to właśnie dlatego został on wybrany przez norwegów jako główny materiał.

Kuchnie i meble Ask og Eng są przyjazne środowisku. Dodatkowo przy projektowaniu stawiają na minimalizm i unikają zbędnych ozdobników i skupiają się na funkcjonalności, co sprawia, że używają absolutnie niezbędną ilość drewna.

Bambus w wykonaniu Ask og Eng to nie tylko ten o typowym wyglądzie i żółtawym kolorze. Fronty szafek mogą mieć różny rysunek a także różne kolory. Bardzo ciekawie wygląda opcja Cola – bardzo ciemna, oraz jaśniutka Snow.

Można zamówić projekt kuchni na zamówienie, a także dokupić tylko fronty szafek do swojej wysłużonej kuchni z IKEA. Ask og Eng projektują nie tylko meble kuchenne. Na swoim koncie mają też świetnie zaprojektowane łazienki, a ostatnio także mniejsze meble takie jak stoły, stoliki kawowe i szafki. Wszystko z drewna bambusowego oczywiście!

Produkty można zamówić na stronie Ask og Eng. Warto też zerknąć na ich Instagram gdzie dzielą się zdjęciami z ze swojego mieszkania. A mieszkają pięknie.

bambusowa kuchniabambusowa kuchnia ask og engbambusowa kuchnia ask og eng bambusowa kuchnia ask og eng

Photos from Ask go Eng

mieszkanie w Krakowie

KRAKOWSKA BOHEMA

Szaleństwo kolorów i wzorów, a wszystko z nutą egzotyki. To 48 metrowe mieszkanie w Krakowie jest doskonałym przykładam jak można zestawić ze sobą misz-masz wszystkiego po trochu a stworzyć bardzo harmonijny efekt.

Charakter przedwojennej kamienicy tworzą tutaj pięknie zachowany parkiet i przeszklone drzwi do między salonem a sypialnią. Projektanci zdecydowali się pomalować drzwi na głęboki morski kolor co dodaj im charakteru i dużo dramatyzmu. Salon utrzymany jest właśnie w tej morskiej, niebieskiej tonacji. Jednak kolor jest wprowadzony tylko przy pomocy mebli i dodatków ponieważ ściany pozostały klasycznie białe. Niebieski jest dywan, niebieskie są zasłony. Obok granatowej kanapy dużo tutaj wyplatanych puf doskonale podkreślających dekadencki charakter. Czy jest coś bardziej dekadenckiego niż młodzi artyści siedzący na podłodze? Do tego jeszcze w stolicy polskiej bohemy, w Krakowie? Dodajmy jednego artystę na hamaku wiszącym w rogu pokoju, a nie powstydził by się tego mieszkania nawet sam Witkacy.

Dla odmiany sypialnia utrzymana jest w spokojnej kolorystyce i nie ma tutaj szaleństw. Gdzieś ten krakowski artysta musi przecież wypocząć, prawda?

Odsapnąć jednak krakowski artysta może tylko przez chwilę bo w kuchni znowu mamy zawrót głowy. Biało czarne, wzorzyste kafle na podłodze zaskakująco dobrze wyglądają w zestawieniu z jasno zielonymi szafkami kuchennymi i ciemno zieloną ściną. Nie zapomnijmy też o białej cegle i złotych kafelkach! Nowoczesne szafki, nowoczesne krzesła, a stół stary. Wszystko do siebie pasuje, o zgrozo jak to możliwe? Tak samo w łazience, gdzie banalne zestawienie białych kafli na ścianach z wzorzystą podłogą zostało ciekawie przełamane zostawiając jedną surową, jedynie otynkowaną ścianę.

Projektanci ze studia Odwzorowanie chyba mają w sobie jakąś krakowską magię… Potrafią tak łączyć style i klimaty, że wychodzi całkiem świeża bryza wnętrzarska. Niby już to wszystko gdzieś widzieliśmy, ale jednak klimat jest niepowtarzalny.

mieszkanie w Krakowiemieszkanie w Krakowiemieszkanie w Krakowiemieszkanie w Krakowiemieszkanie w Krakowiemieszkanie w Krakowie

Photos from Odwzorowanie

366 CONCEPT, CZYLI FOTEL POLSKI LUDOWEJ

Na firmę 366 Concept trafiłam zupełnie przypadkiem. Przeglądałam portale o dizajnie i rzucił mi się w oczy fotel – kurczę, wyglada jak mebel żywcem wyjęty z PRL’u, pomyślałam. Nie jakis wzorowany współczesny fotel z sieciówek, nawet nie kultowy i mody fotel retro kupowany za tysiące w sklepach dla hipsterów. Po prostu fotel z salonu mojej babci, z klubo-kawiarni Wspomnienie, czy z filmów o Borewiczu. Szybko przeczytałam artykuł, poszperałam w sieci i okazała się, że miałam rację! To fotel zaprojektowany w 1962 roku przez Józefa Chierowskiego.

Fotel 366 był masowo produkowany w PRL, ale ten model na który ja trafiłam jest całkiem współczesny. Maciej Cypryk i Agata Górka założyli firmę 366 Concept i wskrzeszają wymarłe polskie projekty i udowadnia, że PRL nie tylko musi kojarzyć się z biedą i tandetą. “W PRL-u tak naprawdę rodziła się historia polskiego wzornictwa przemysłowego – mówi projektant Maciej Cypryk – Gdyby Polska była wtedy wolnym krajem, być może niektóre z polskich mebli byłyby dziś ikonami wzornictwa światowego. Niestety nie była. Dlatego, jeśli dziś chcemy budować swoją pozycję na międzynarodowej arenie designu, musimy odnaleźć swoją, polską tożsamość. Tej tożsamości należy szukać w polskim wzornictwie z lat 50-70-tych i na nim budować nowe projekty. Taka jest filozofia naszej firmy, w której oprócz wskrzeszania wybranych wzorów z epoki PRL, projektujemy nowe meble inspirowane klasykami.”

Fotel Chierowskiego niewątpliwie jest ikoną dizajnu. Trafił nawet do nowo otwartego Design Museum w Londynie jako jeden z eksponatów w ekspozycji  The Pan-European Living Room, przedstawiająca salon umeblowany ikonami designu z 28 krajów Unii Europejskiej. Jego status ikony udowadnia także fakt iż nadal nam się podoba i chcemy go mieć w naszych domach. Myślę, że nie chodzi tutaj tylko o sentyment za dawno minionymi czasami. Ten można by przypisać Polakom, a przecież fotel cieszy się uznaniem i popularnością w całej Europie.

Fotele wykonane są z jesionu i oferowane w 5 kolorach. Do tego dostępna jest też cała gama tkanin, od jednolitych po trochę bardziej szalonych w kratkę. Cała produkcja odbywa się w Polsce a nad wykonaniem jednego fotela pracuje 10 osób. Taka dbałość o szczegóły gwarantuje najwyższą jakość i faktycznie 366 pięknie prezentuje się w wnętrzach. Jego niewielkie rozmiary sprawiają, że pasuje nawet to niewielkich mieszkań. Kompaktowy fotel stworzony  ‘po kosztach’ na potrzeby klasy robotniczej i ich malutkich mieszkań w bloku z wielkiej płyty okazał się także idealny dla milienialsów w przepłaconych mieszkaniach w modnych dzielnicach dużych metropolii XIX wieku. Co za ironia losu!

366 Concept ma w swojej ofercie także meble inspirowane oryginalnym projektem. Urocza seria Bunny swoją nazwę wzięła od podłokietników w kształcie króliczych uszu, a seria 367 jest zdecydowanie bardziej nowoczesna. Wszystkie dostępne kolekcje można zobaczyć na stronie producenta.

Mam nadzieję, że firma będzie się rozwijać i wkrótce zobaczymy kolejne perełki polskiego wzornictwa w nowoczesnym wydaniu.

Photos courtesy of 366 Concept

akcesoria do łazienki

AKCESORIA DO MINIMALISTYCZNEJ ŁAZIENKI

Rok temu przygotowywałam się do remontu łazienki. Robiłam plany a potem był miesiąc chaosu i bałaganu. Skończoną łazienkę pokazywałam tutaj. Oczywiście najlepszym momentem we wszystkich remontach jest ich koniec i dopieszczanie szczegółów – kupowanie dodatków, ustawianie w szafkach i dekorowanie. W minimalistycznej łazience nie ma zbyt dużo dodatków. Zobaczcie co ja wybrałam do swojej.

Zaplanowałam łazienkę w taki sposób, żeby jak najmniej rzeczy stało na wierzchu. Nie ma otwartych półek i schowków. Wszystkie kosmetyki i przybory toaletowe zamknięte są w szafkach.   Po roku nadal jestem bardzo zadowolona z takiego rozwiązania. Nie miałam problemu ze zmieszczeniem wszystkiego w szafkach i nawet nadal mam dwie półki wolne. W szufladach też nie ma ścisku.  Jedyna otwarta półka jest nad toaletą, powstała po zabudowaniu zbiornika. Tutaj idealnie wpasowały się trzy szklane pudełka od Agnetha Home – trzymam w nich mydła, kule do kąpieli, płatki kosmetyczne a w najmniejszym patyczki do uszu. Pudełka doskonale pasują do minimalistycznego charakteru łazienki oraz się bardzo praktyczne. Bardzo nie lubię wiszących woreczków z płatkami kosmetycznymi i cieszę się, że udało mi się znaleźć alternatywne rozwiązanie.

Na tej półeczce wylądował także druciany koszyk na grzebienie i inne przybory. Ostatnio stawiam też zapachy upolowane w Home Sense (odmiana TK Maxx), ale z nimi różnie bywa – czasem trafi się ładnie pachnący, czasem ma jakieś pomarańczowy badziew pływający w środku i nie pachnie wcale a wcale. W sumie nie jest mi to zupełnie potrzebne, stoi bo szkoda mi wyrzucić. Jedyny zbędny element w łazience…

Bardzo chciałam żeby dodatki pasowały do podłogi i też były z marmuru. Na szczęście trafiłam na sklep Urbanara i tam kupiłam wszystko za jednym zamachem: szczotkę do mycia toalety, mydelniczkę, kubek na szczoteczki do zębów i pojemnik. Wszystko z marmuru i bardzo ładne! Na prawdę fajna jest ta kolekcja.  Używam już rok i wszystko się świetnie sprawuje. Z Urbanara mam też komplet ręczników i bardzo sobie chwalę

Duży wieszak na ręczniki to JUNO od Serax. Mały okrągły wieszak i trójkątny na papier toaletowy są od Ferm Living. Lustro z półką to House Doctor, a dwa porcelanowe kinkiety są od niemieckiej firmy Thomas Hoof. Wszystkie te rzeczy były przeze mnie wybrane i kupione wcześniej  – pojawiły się na zdjęciach gotowej łazienki tutaj.  Muszę tylko dodać, że nadal jestem z nich bardzo zadowolona. Długo zastanawiałam się nad zakupem wszystkich tych rzeczy ponieważ był to dość duży wydatek. Dobrze jednak, że nie zaoszczędziłam tylko kupiłam to, co mi się na prawdę podobało – lepiej wydać więcej, ale być zadowolonym, niż potem kręcić nosem i wymieniać trzy razy.

Od samego początku miałam ideę, że papier toaletowy będę przechowywać w dużym koszu. tak też zrobiłam i tak też mam do tej pory. Stoi pod oknem, koło toalety, jest więc zawsze pod ręką.

Jedynym nietrafionym zakupem był drewniany pojemnik na wannę. To znaczy nadal uważam, że to świetny pomysł i cieszę się, że nie kazałam wieszać półki pod prysznicem. Niestety drewniany pojemnik który kupiłam okazał się być bardzo kiepskiej jakości. Jest z The White Company i kosztował dość dużo a już po paru tygodniach zaczął wyglądać brzydko. Tutaj macie link, ale zdecydowanie nie polecam. Zmatowiał, miejscami pozłaził lakier (czy coś tam) i generalnie wygląda na jakiś zagrzybiony i sparciały. Potem zauważyłam, że w opakowaniu była kartka na której było napisane, że produkt nie może mieć kontaktu z wodą… Serio?! Pojemnik na wannę, który nie może mieć kontaktu z wodą?? Co za bzdura! Na prawdę żałuje tych wydanych £49.  Może spróbuję go trochę podratować, wyszlifuje i pomaluję lakierem wodoodpornym. Trochę mi się jednak nie chce i na razie taki sobie po prostu jest. Można oczywiście kupić nowy i to dużo taniej, na Amazon jest cała masa takich pojemników. Niestety wszystkie robione z bambusa albo metalowe, a ja chcę drewniany.

To by było na tyle. Nic więcej nie jest mi w łazience potrzebne do szczęścia. Przez rok nie przybyło mi nic nowego, nie zamieszkały tutaj żadne nowe graty. Chyba po prostu mam wszystko, co potrzebne nam do codziennych oblucji. Dajcie znać w komentarzach, czy czegoś wam brakuje? Czy są jakieś akcesoria do łazienki bez których nie wyobrażacie sobie życia?

/1/Marmurowy pojemnik /2/Ręcznik /3/Wieszak na ręcznik /4/Wieszak na papier toaletowy /5/Marmurowy kubek na szczoteczki do zębów /6/Szczotka w marmurowym pojemniku /7/Drewniana tacka /8/Marmurowa mydelniczka /9/Kosz

akcesoria do łazienki akcesoria do łazienki

romatyczna altana

ROMANTYCZNA ALTANA OGRODOWA

Obowiązkowym elementem angielskiego ogrodu jest shed, czyli po naszemu altana. Najczęsciej owa altana to po prostu smutna, obrapana drewniana szopa upchnięta w najdalszym kącie ogrodu. Tutaj trzyma się ogrodowe narzędzia i całe góry niepotrzebnych gratów. Czasem jednak altana staje się dodatkowym pokojem, stylowym miejscem gdzie można poczytać książkę i rozkoszować się zimnym kompotem z rabarbaru.

Taką właśnie stylową altanę mają u siebie Jeska i Dean mieszkający na południowo-wschodnim wybrzeżu Anglii. Jeska prowadzi bardzo popularnego bloga Lobster and Swan, a razem z Dean’em stworzyli także świetny sklep internetowy The Future Kept. Do tego robią świetne zdjęcia – wszystkie zdjęcia na blogu, na stronie sklepu i na ich kontach Instagramowych (oraz tutaj ) są robione przez nich. W ich obiektywach świat staje się dziki i zaczarowany. Nic dziwnego, że mają taką ilość obserwujących!

Jeska na blood dokumentowała proces powstawania swojego ‘tea shed’, czyli altany w której można raczyć się herbatą. Zaczęli od pozbycia się starej szopy i uprzątnięciem miejsca w ogrodzie. Następnie nowa altanka przyjechała w częściach –  to bardzo popularny sposób kupowania tego typu ogrodowych budynków. Wybiera się model i firma dowozi go w częściach, które można samodzielnie skręcić. Może nie jest to zadanie dla początkujących majsterkowiczów, ale każdy obeznany z młotkiem i wiertarką powinien już sobie dać radę.

Szopy zrobione są z drewna i zwykle tylko zaimpregnowane, ale pozbawione jakiegokolwiek koloru. Tutaj właściciele pomalowali swoją altankę na ciemno szary kolor. Nadało jej to elegancji i klasy. Prawda, że zupełnie zmienił się jej charakter po pomalowaniu? W środku także nastąpiło dużo zmian. Jedna ze ścian została obita deskami z odzysku, pozostałe pomalowano na biało. Te stare dechy nadały przytulności i rustykalnego klimatu. Na pomalowanej na biało podłodze Jeska przy użyciu szablonu namalowała wzory – świetny pomysł na ozdobienie podłogi tam, gdzie nie chcemy, czy nie możemy mieć dywanu.

W tak przygotowanym wnętrzu znalazło się miejsce na wygodną leżankę zrobioną z drewnianych palet, retro szafkę i kilka półek na książki. Zwróćcie uwagę na tą zrobioną ze starej skrzynki! Klimat dopełniły plakaty vintage oraz koce i poduchy w kratę i kwieciste wzory. Oraz dużo roślin, bardzo dużo roślin. Przytulnie i angielsko. Prawda, że aż chciało by się tutaj wylegiwać z książką w ciepłe, letnie dni?

romatyczna altanaromatyczna altana romatyczna altana romatyczna altana romatyczna altana romatyczna altana

All photos from Lobster and Swan

minimalistyczne mieszkanie

MINIMALISTYCZNE MIESZKANIE W KOLORACH ZIEMI

Wiem, że zaczęła się wiosna i wszyscy dookoła pragną kolorów i słońca, ale mnie nadal ciągnie do ciepłych i ciemnych kolorów ziemi. W salonie zamiast pudrowego różu zagościły ciepłe brązy, a w garderobie jasne beże. Też wiosna, ale taka bardziej…dostojna?

Właśnie dlatego tak bardzo podoba mi się to mieszkanie w Sztokholmie. Absolutnie minimalistyczne i pełne przytulnych, naturalnych barw. Brunatny len, gruba faktura tkanin i  ciemne drewno a do tego mało, mało wszystkiego. No i te wabi-sabi naczynia w kuchni!

Tak sobie właśnie pomyślałam, że pociąg do takich pustych i minimalistycznych wnętrz może się wiązać z tym, że żyję w niesłychanie zatłoczonym miejscu. W Londynie zawsze jesteś w tłumie, w racy zawsze jesteś między ludźmi. Przynajmniej ja jestem. Może gdybym mieszkała w innym miejscu i pracowałabym w domu, to wtedy moje idealne mieszkanie byłoby pełne przedmiotów, kolorów i dźwięków?

minimalistyczne mieszkanie minimalistyczne mieszkanie minimalistyczne mieszkanie

Zdjęcia z Fantastic Frank

planowanie kuchni

PLANOWANIE KUCHNI – MOJE BŁĘDY

Kuchnia była pierwszym pomieszczeniem które kiedykolwiek sama zaprojektowałam i urządziłam. Zmusiła mnie do tego sytuacja – chcieliśmy się jak najszybciej wprowadzić do naszego nowo kupionego domu, a kuchni tam nie było. To znaczy było pomieszczenie w którym stał brudny zlew, jedna szafka i wisiały jakieś resztki brązowych kafli. Moje wcześniejsze doświadczenie dekoratorskie ograniczało się do malowania ścian i przestawiania mebli w wynajmowanym pokoju i muszę przyznać, że nawet jeśli niezmiernie cieszyłam się na myśl zaprojektowania swojej własnej kuchni, to jednak ta napawało mnie to strachem. Czy będę potrafiła? Czy wszystko się uda? Czy kuchnia będzie mi się podobała? Czy będzie funkcjonalna? Od raze muszę zaznaczyć, że budżet miałam dość ograniczony. Marzyły mi się szafki z litego drewna w stylu shaker, duża gazowa kuchenka i piękne kafle na ścianach. Realia były takie, że mogłam sobie pozwolić tylko na kuchnie z IKEA. Nie rozpaczałam jednak zbytnio z tego powodu, bo przecież kuchnie IKEA mi się podobały i podobają nadal. Do tego można skorzystać na ich stronie z bardzo fajnego programiku do planowania kuchni- nie tylko zrobimy profesjonalny plan, ale także od razu będziemy widzieli ile będzie nas to wszystko kosztowało.

Planowałam zatem w tym IKEOWYM programiku. Sama, wieczorami w domu z laptopem na kolanach. Nie pomagał mi żaden architekt, doradca i inny specjalista. Kierowałam się tym, co widziałam w domu rodzinnym i zdjęciami ładnych kuchni znalezionych w internecie. Podłączenie sprzętów typu kuchenka i zlew wymuszał układ pomieszczenia ponieważ nie mieliśmy funduszy na przenoszenie rur i instalacji gazowej. Szybko okazało się, że kuchnia to nie tylko drzwiczki, blat i kolor lodówki. Musiałam podejmować decyzję odnośnie rozmieszczenia kontaktów, wysokości blatu, podłączenia pralki i stu innych rzeczy o których nie miałam zielonego pojęcia. Dowiedziałam się, że są jakieś zasady odnośnie odległości rzeczy x od rzeczy y, że wysokość okapu ma znacznie. Większość najważniejszych decyzji podejmować musiałam na szybko, przez telefon, często bez dokładnej wiedzy co ja tak na prawdę decyduję. Istna amatorszczyzna.

To było sześć lat temu. Od tamtej pory moja kuchnia trochę się zmieniła, ale meble, sprzęty i układ pozostał taki sam. Od tamtej pory dużo nauczyłam się na temat projektowania wnętrz, planowania kuchni, a także ewoluował mój gust. Pomimo tego, że zawsze lubiłam dekorować i urządzać, to nigdy nie myślałam o tym w kategoriach sztuki. Ot, po prostu kupowałam to, co mi wpadło w oko. Teraz mam bardzo sprecyzowane upodobania i moja kuchnia już nie do końca mi się podoba. Mogę z nią jednak nadal żyć, nie ma tragedii. Niestety po sześciu latach użytkowania doszłam też do wniosku, że dużo wybranych przez mnie rozwiązań jest niepraktycznych, nie odpowiadających naszemu życiu, a niektóre są po prostu bezsensowne. Oto lisa rzeczy, które teraz zrobiłabym inaczej.

Gładkie fronty szafek

Kiedyś podobał mi się styl angielskiej wsi i w takim klimacie wybrałam fronty szafek – złamana, trochę kremowa biel, stylizowane na zrobione z deseczek. Mają zatem rowki i nie są gładkie. A te rowki się brudzą i trudno je umyć. Nie jest to jakiś ogromny problem, ale teraz już bym takich drzwiczek nie zrobiła. Poza tym gładkie fronty wyglądają elegancko i nowocześnie, a taką właśnie bym chciała mieć kuchnię. Zdecydowanie fascynacja wiejskim stylem mi przeszła i nie wróci.

Dużo szuflad

W tej chwili mam i szafki i szuflady. Jednak szuflady są dużo praktyczniejsze. Wyjmowanie rzeczy stojących głęboko w szafce to udręka. Szuflada elegancko wyjeżdża i wszystko jest łatwo dostępne. IKEA ma świetne rozwiązania i dużo opcji wyposażenia szuflad. Można trzymać w nich wszystko, od garnków, przez blaszki do pieczenia, po noże. W mojej nowej kuchni miałabym tylko szuflady.

Kuchenka indukcyjna

Sześć lat temu kuchenki indukcyjne nie były jeszcze tak popularne i tak jakoś z rozpędu, bez zastanowienia zdecydowałam się na tradycyjną, gazową. Nienawidzę jej myć a oczywiście brudzi się szybko i często. Poza tym brzydko wygląda. Płyta indukcyjne jest praktycznie niewidoczna, bezpieczna, wystarczy przetrzeć szmatką, a może też być używania jako dodatkowy blat. Nidy, przenigdy już nie zainstaluje sobie kuchenki gazowej.

Piekarnik i mikrofala zabudowane i na wysokości rąk

Piekarnik najczęściej montuje się tuż pod kuchenką. Tak też jest u mnie. Po latach korzystanie stwierdzam, że jest to bardzo głupie rozwiązanie. Dlaczego mam zaglądać do środka na klęcząco? Wyciągać ciężką blachę stękając z powodu bólu kręgosłupa? Można przecież zainstalować piekarnik na wysokości rąk, zaraz pod mikrofalówką. Wygodnie i praktycznie. Na pewno już drugi raz nie zrobiłabym piekarnika przed którym muszę klęczeć, o nie!

Brak okapu nad kuchenką

Okap and kuchenką to zupełnie zbędne urządzenie. Szczególnie jeśli ktoś mało gotuje, prawie zupełnie nie smaży i rzadko robi śmierdzące potrawy. Nie twierdzę, że jest to urządzenie zupełnie nieprzydatne. Uważam tylko, że jest nie przydatne u mnie w domu. Głównie jemy warzywa, potrawy gotowane albo robione w piekarniku, a jak coś śmierdzi to otwieram okno albo drzwi do ogrodu. Poza tym mamy niski sufit i okap musiał wisieć dość nisko – co chwilę uderzałam się w głowę. Zdjęłam po roku i nie żałuję.

Zabudowana lodówka

To tylko względy estetyczne, bo nie ma nic niepraktycznego w wolnostojącej lodówce. Po prostu podoba mi się jak wszystkie sprzęty są ukryte i kuchnia to estetyczny, jednolity rząd szafek.

Zabudowana pralka

W Anglii pralki najczęściej znajdują się w kuchni. Ma to swoje plusy, np. więcej miejsca w łazience, ale także minusy – hałas. Dlatego zabudowana pralka nie tylko byłaby lepsze ze względów estetycznych (patrz punkt o lodówce), ale także praktycznych bo drzwiczki tłumiły by trochę hałas. Poza tym pralki są brzydsze od lodówek i dlatego stanowczo należy je chować za drzwiczkami.

Kafelki zamiast boazerii

W tej chwili dwie ściany w kuchni mam obłożone białą boazerią. To znowu ten nieszczęsny wiejski styl… Jednak nie tylko. Jedna ze ścian była w bardzo złym stanie a nas po prostu nie było stać na tynkowanie  – sosnowa boazeria była najtańszym rozwiązaniem. Druga ściana była pod skosem i trzeba było ją naprostować. W tym celu postawiliśmy ściankę z płyt kartonowo-gipsowych na na to poszła ta sama sosnowa boazeria. Wtedy to było jedyne na co mogliśmy sobie pozwolić. Teraz na pewno zatrudniłabym tynkarza i kafelkarza a na ścianie za lodówką z kuchenką znalazły by się jakieś fajne kafle. Prawdopodobnie białe kwadraty. Albo duże marmurowe prostokąty.

Jasny blat

Drewniany blat było moim marzeniem i uparłam się na niego mimo wysokiej ceny i problemów z dostępnością (musieliśmy czekać na dostawę). Pasował mi do wiejskiej kuchni i dodawał trochę luksusu. Nadal go bardzo lubię i uważam, że to był dobry pomysł. Jest jednak zdecydowanie zbyt ciemny. Teraz zdecydowałabym się na biały lub marmurowy blat, może być imitacja marmuru. Rozjaśnił by całe pomieszczanie a także spełniał by bardzo ważna dla blogerki funkcję – byłby dobrym tłem do zdjęć.

Mniej kontaktów

Wydawało mi się, że będzie nam potrzebna cała masa kontaktów do podłączenia tych wszystkich tosterów, ekspresów do kawy, sokowirówek, robotów kuchennych.. Mamy tylko toster. I sześć zbędnych kontaktów.

Jak zatem wyglądała by moja nowa kuchnia? Na pewno była by bardzo minimalistyczna. Większość sprzętów byłaby ukryta za gładkimi, szarymi drzwiczkami. Układ byłby bardziej dostosowany do naszych potrzeb – więcej szuflad, wbudowana mikrofalówka i piekarnik na wysokości rąk. Na jasnym blacie stały by tylko najpotrzebniejsze rzeczy, a na otwartych półkach naczynia do codziennego użytku. Na pewno też pozbyłabym się części garnków i innych przyborów. Nie gotuje dużo i nie jest mi aż tyle rzeczy potrzebne. Trochę czasu zajęło mi określenie własnych potrzeb. Szkoda, że nie wiedziałam tego podczas projektowania tej kuchni.

Niestety IKEA wycofała ze sprzedaży system który mam – FAKTUM- i mają zupełnie nowy system METOD. Drzwiczki od METOD nie pasują do tych starych szafek, więc odpada opcja zrobienia szybkiego liftingu.  Trochę mnie ten ruch ze strony IKEA rozczarował, bo przecież najczęściej właśnie uzupełnia albo zmienia się już istniejącą zabudowę, a nie inwestuje w całą nową kuchnię. Trudno, będę musiała żyć z tym co mam. Mam jednak nadzieję, że jeśli kiedyś będę miała jeszcze okazję projektować kuchnię, to uniknę popełnienia tych samych błędów i będę bardziej świadoma swoich potrzeb, a także bardziej otwarta na nowoczesne rozwiązania (płyta indukcyjna…).

planowanie kuchniplanowanie kuchniplanowanie kuchniplanowanie kuchni

northern lightning

NORTHERN LIGHTING, CZYLI ŚWIATŁA PÓŁNOCY

Lampa to bardzo wdzięczny temat do projektowania – jest tyle możliwości! Dobrze dobrane lampy, nie tylko ze względu na rodzaj dawanego światła, ale także ze względu na swój wygląd, są doskonałym elementem dekoracyjnym i mogą nadać charakter całemu wnętrzu.

Jednak lampa ma nie tylko dekorować, musi być także praktyczna. Dlatego lampy od norweskiej firmy Northern Lighting są idealne – spełniają oba te warunki. Szczególnie lampy z serii ‘Black’ zaprojektowane przez fińskiego projektanta Aleksi Peltonena. Dostępna jest w dwóch wariantach: stojąca oraz mocowana do ściany. Wykonana z metalu, ale sprawia wrażenie niezmiernie lekkiej. Te wszystkie załamania, przekładnie i dźwignie nadają jej industrialnego charakteru, ale jednocześnie jest subtelna i delikatna. Ten projekt wygrał w tym roku Northern Lighting Design Award 2017 i nie ma w tym nic dziwnego – doskonale wpisuje się w filozofię tej marki.

Northern Lighting łączy funkcjonalność z luksusem. Ich lampy są piękne, taktowne i doskonale wykonują swoje zadanie. Lampka na biurko ma pojemnik na długopisy, lampa stołowa wykonana z dymnego szkła daje piękne, subtelne światło. Ponadczasowy styl dla każdego domu, nie tylko dla fanów skandynawskiego wzornictwa.

Bardzo mi się podobają ich projekty właśnie ze względu na swoją prostotę. Na pewno są to lampy które będą cieszyły oko przez długie lata i nie przeminą wraz z chwilową modą.

northern lighting northern lighting northern lighting northern lighting northern lighting
>/div>

garderoba minimalistki

4 MITY NA TEMAT GARDEROBY MINIMALISTKI

Gdy coś staje się modne, to natychmiast pojawia się masa ekspertów w tej dziedzinie. Garderoba minimalistki jest chyba ostatnio taką modą właśnie. Zewsząd atakują nas poradniki, zalewają darmowe planery do ściągnięcia oraz już nie takie darmowe książki. Szafa minimalistki jest na wyciągnięcie ręki, wystarczy tylko ściągnąć planer i dużo rzeczy wynieść na śmietnik. Otóż nie. Oto cztery mity na temat garderoby minimalistki rozpowszechniane w internetach.

1. Garderoba kapsułowa to to samo co garderoba minimalistki

Szafa kapsułowa, czyli capsule waredrobe, to termin ukuty przez Susie Faux, właścicielkę butiku w Londynie.  Według niej szafa kapsułowa to kolekcja kilkudziesięciu klasycznych i ponadczasowych ubrań do których dodajemy tylko sezonowe elementy i akcesoria. W rezultacie nie tworzymy minimalnej, funkcjonalnej garderoby, ale tylko dzielimy swoje ciuchy na sekcje – i po prostu chowamy tą sekcję, w której w danym momencie nie chodzimy. Szafa kapsułowa zakłada także, że ilość ubrań będzie ograniczona pewną liczbą – może to być 7, ale równie dobrze 50. Wychodzi na to, że można mieć 50 ciuchów na wiosnę, 50 na lato, 50 na zimę, 50 na jesień, 50 ubrań sportowych, 50 na wyjście itd. Takie dzielenie na segmenty zachęca nas do kupowania sezonowego i podążania za trendami. Ograniczanie się do konkretnej ilość też może być zgubne, ponieważ bardzo łatwo wtedy pozbyć się rzeczy i zastąpić inną – nadal pozostajemy w wyznaczonej sobie ilości posiadanych ubrań, prawda?

Garderoba minimalistki ma być funkcjonalna przez cały rok,  nie tylko przez jeden sezon. Oczywiście będą w niej sezonowe ubrania, ale kluczem jest patrzenie na swoją garderobę jak na jedną  spójną całość, a nie tylko sezonowo czy ze względu na funkcję. Mają to także być rzeczy z których będziemy zadowoleni i które będziemy nosić przez długi czas, a nie ‘zapchajdziury’ których nie szkoda wyrzucić i które będziemy wymieniać co sezon.

2. W garderobie minimalistki musi znajdować się x, y, z

Chyba każda z nas czytała poradniki w stylu: musisz mieć jedną spódnicę, jedną garsonkę, jedną parę butów na obcasie, białą koszulę, sukienkę…. Garderoba minimalistki powinna być zbudowana głównie z rzeczy funkcjonalnych, z tym się zgodzę. Jednak powinny to być rzeczy wybrana przez nas, w których się dobrze czujemy i które są dostosowane do naszego życia. Dlaczego mam mieć spódnicę, skoro nigdy nie miałam, nie lubię i nigdy w spódnicy nie chodzę? Garsonka? Chyba nawet nie wiem co to dokładnie jest.  Buty na obcasie? Wolę smażyć się w piekle i nawet na ślub, wesele i rozdanie Oskarów pójdę w butach na płaskiej podeszwie.

Głupie są wszystkie poradniki wymieniające ubrania, które KONIECZNIE MUSZĄ być w szafie minimalistki. Ta szafa ma być funkcjonalna dla ciebie i tylko dla ciebie.

3. Wystarczy pozbyć się nadmiaru

Wyrzuć wszystko, w czym nie chodziłaś przez ostatnie 3 miesiące i garderoba minimalistki gotowa. To chyba najbardziej popularny mit na ten temat. Nie moi drodzy, jeśli wyrzucimy to po prostu będziemy mieć mniej. Nie oznacza to, że staniemy się świadomymi konsumentami i posiadaczami sensownej, przemyślanej i minimalistycznej szafy. Najprawdopodobniej za kilka tygodni nasza szafa się znowu zapełni i do tego nieprzemyślanymi zakupami (ach te workowate minimalistyczne sukienki!), czyli zadziała zasada zamiany siekierki na kijek. W najlepszym wypadku zamiana siekierki na siekierkę.

Pisałam już kiedyś o tym tak: “Minimalizm z wartościowej idei mającej polepszyć nasze życie, stał się estetyczną konwencją, modą po prostu. Ludzie pozbywają się rzeczy tylko po to, by za chwilę zastąpić je innymi. Koc w kwiatki nie jest minimalistyczny, trzeba go wyrzucić. Ale koc jest przecież potrzebny, lecimy więc kupić nowy – szary albo jakiś w geometryczny wzór by nasz dom wpasował się w modną, minimalistyczną estetykę. Pojawiły się sklepy oferujące ciuchy o minimalistycznych krojach. Mamy minimalistyczne meble, wazony, plakaty, zegarki, torby z napisem ‘Nie kupuję’. Nasze domu i szafy są wypełnione minimalizmem po brzegi, biznes się kręci.” Cały wpis można znaleźć tutaj.

4. Garderoba minimalistki to projekt na jeden weekend

Ten punkt jest połączony z punktem powyższym – wyrzucić nadmiar ubrań można w jeden wieczór. Nie oznacza to jednak, że w jeden wieczór zostaniemy posiadaczkami przemyślanej, funkcjonalnej i minimalnej szafy. Opowiem na swoim przykładzie: zaczęło się od tego, że w pewnym momencie przestałam być zadowolona ze swojego wyglądu. Przez długi, długi czas miałam pewien określony styl i moja szafa ten styl odzwierciedlała. Styl mi przestał odpowiadać, pewno przyczyną był tutaj upływ czasu, zmiany w moim życiu i na pewno ewolucja moich estetycznych upodobań. Zaczęłam więc eksperymentować i kupować bardzo różne ubrania. Nie miałam pomysłu na siebie i te ciuchowe eksperymenty były trochę taką desperacką próbą znalezienia nowej szufladki dla siebie. Czas mijał, szafa pękała w szwach, ja nadal nie była zadowolona ze swojego wyglądu i codziennie rano przez lustrem przeżywałam dramat. Wtedy powiedziałam sobie stop.

Zauważyłam, że kupowanie nowych szmat nie sprawia mi przyjemności a jest jedynie źródłem frustracji. Przestałam więc kupować. Potem krytycznym okiem spojrzałam na siebie i zadałam kilka pytań. W czym najczęściej chodzę? Jakie ubrania lubię? Jak bym chciała wyglądać? W czym się sobie podobam? Na końcu, znając już odpowiedzi na powyższe pytanie i mając cel, zrobiłam przegląd zawartości szafy. Cel jaki sobie postawiłam nie mógł być zrealizowany w jeden dzień, an nawet nie w jeden miesiąc. Zakładał on bowiem, że nie będę poddawać się ubraniowym kompromisom i będę kupować tylko rzeczy które mi się w 100% podobają. Sweterek z taniej sieciówki na poprawę humoru, koszulki które po jednym praniu wyglądają jak wytargane przez stado dzikich psów – te wszystkie ubrania, które kupowałam pod wpływem impulsu czy dlatego, że nie było mnie stać na droższe, wymarzone odpowiedniki, znalazły się na liście rzeczy zakazanych. Oj, było ciężko. Wypady na Oxford Street po pracy weszły mi w nawyk i trudno było się odzwyczaić.

Postanowiłam, że zaoszczędzone w ten sposób pieniądze będę przeznaczać na zakup jednej rzeczy miesięcznie – tej wymarzonej. Wprowadzając to ograniczenie do jednego zakupu na miesiąc mogłam na niego wydać większą ilość pieniędzy. Zamiast pięciu par dżinsów z H&M, jedne Levisy. Zamiast kilku akrylowych swetrów, jeden wełniany z COSa.

Sukcesywnie z mojej szafy znikały przypadkowe ubrania, a w ich miejsce pojawiały się te przemyślane i wymarzone nabytki. Ten proces trwa już ponad rok a dopiero niedawno zauważyłam, że zupełnie nie mam już problemu ‘w co się ubrać’. Pomimo tego, że mam znacznie mniej ubrań niż kiedyś, to codziennie staję przed szafą z radością. Lubie wszystkie swoje fatałaszki i potrafię z nich sklecić nieskończoną ilość zestawów. Przypominam: dojście do takiego stanu zajęło mi ponad rok.

Nie wierzę w żadne poradniki i planery polecane przez blogerki, czy magazyny o modzie. Nie wierzę w żadne masthewy i kapsułowe szafy na sezon czy na daną okazję. Rewolucję w szafie należy rozpocząć od rewolucji w głowie. Nasze ubrania, to w jaki sposób wydajemy pieniądze i jak spędzamy czas wynika z wartości którymi się w życiu kierujemy. Chęć posiadania minimalistycznej garderoby nie oparta na takich głębszych wartościach jest tylko chwilową modą. A jeśli jest modą i naszą zachcianką, to z całą pewnością można sobie ten zamysł zrealizować w jeden wieczór czy podczas jednego wypadu do centrum handlowego –  to tylko zmiana stylu. Zmiana jakościowa zabiera znacznie więcej czasu.

garderoba minimalistki

ciemne drewno

CIEMNE DREWNO, SZARY I LATA 70′

Recepta na piękne wnętrze? Ciemniejsze odcienie szarości, ciemne drewno plus różnorodność tekstur: len, welwet, skóra, metal. Nawet ściany w łazience wyglądają jakby było wykonane z czegoś miękkiego i miłego w dotyku.

Kuchnia z tekowego drewna nawiązuje kolorem do lat 70, ale proste minimalistyczne fronty są zdecydowanie nowoczesne. W zestawieniu z parkietem w takim samym kolorze wygląda rewelacyjnie.

Ten ciemny kolor to nie jedyne nawiązanie do lat 70 w tym mieszkaniu. Lampa w sypialni to Parentesi zaprojektowana w 1971 przez Pio Manzu. Natomiast piękna modernistyczna lampa na pokoju dziennym to Taccia projektu braci Achille & Pier Giacomo Castiglioni.

Moją uwagę zwrócił też zupełny brak roślin i zieleni w tym wnętrzu. Czyżby ten trend już przeminął?

ciemne drewnociemne drewno

Photos from Per Jansson

jak zorganizowac podróż

JAK ZORGANIZOWAĆ PODRÓŻ SAMODZIELNIE?

Właśnie skończyłam organizować nasze kolejne wakacje: bilety kupione, trasa opracowana, hotele zarezerwowane, wiza w kieszeni. Wszystko zrobiłam sama, przy pomocy internetu i maila. Lubię podróżować po swojemu, z dala od tłumów i od turystycznych atrakcji. Sama wybieram co chcę zobaczyć, w jakie miejsca pojechać, gdzie się zatrzymać. Często słyszę, że ludzie też by tak chcieli, ale nie wiedzą jak i boją się że będą mieli nieudane wakacje, zostaną oszukani, zabici, napadnięci, obrabowani i otruci. Dlatego dziś opowiem wam jak samodzielnie zorganizować podróż.

Wybór kierunku

Nadszedł nowy rok i czas zaplanować kolejne wakacje. Tylko gdzie by tutaj jechać? Część z nas poddaje się już na tym etapie i wybiera opcję znaną lub bezpieczną. Chorwacja, bo tam wszyscy jeżdżą i podobno jest niedrogo. Polskie morze – co może pójść źle? All inclusive w Hiszpanii – ciepło, dobre jedzenie, nie trzeba się o nic martwić, no i palma jakaś też się znajdzie. Te wszystkie wybory są OK, ale tylko pod warunkiem, że na prawdę chcemy tam pojechać i na prawdę będziemy zadowoleni. Te powyższe miejsca będą kiepskie jeśli zdecydujecie się na nie tylko dlatego, że: byliście za leniwi żeby zorganizować inny wyjazd, baliście się, kierowaliście się obiegowymi i nie sprawdzonymi opiniami. Nic gorszego niż siedzieć w hotelu w Juracie i rozmyślać na tym jak pięknie mogło by być teraz na Karaibach….

Warto zatem planowanie zacząć od wypisania naszych marzeń. Od zawsze chciałeś zobaczyć Chiński Mur, pustynię, dżunglę i dzikie słonie, a może zagrać w pokera w kasynie? Wybierz zatem kraje w których będziesz mógł zrealizować swoje marzenia.

Teraz czas poczytać o wymaganiach prawnych. Czy mamy ważny paszport, czy potrzebujemy wizy, ile się na wizę czeka, ile wiza kosztuje? Procedury wizowe na wyjazdy turystyczne do większości krajów są proste. Albo wizy nie ma wcale, albo dostajemy ją za małą opłatą na lotnisku, albo trzeba zaaplikować przed wyjazdem – najczęściej istnieje możliwość zrobienia tego przez internet. Jednak wyjazd do takich krajów jak na przykład Stany Zjednoczone wymaga już planowania z większym wyprzedzeniem.

Kolejnym etapem jest rozeznanie się jakim budżetem trzeba dysponować aby pojechać w te nasze wymarzone miejsca. Tutaj bardzo pomocne są blogi, strony podróżnicze i wyszukiwarki lotów. Nie marto patrzeć na oferty biur podróży  – tam zwykle wyjazdy w egzotyczne kraje kosztuje dużo i można się szybko zniechęcić. Chciałbyś pojechać na Malediwy? Najtańszy tygodniowy pobyt w jednym z popularnych biur podróży kosztuje trochę ponad £1000. To jest kwota którą ja wydaję na dwutygodniowe wakacje wraz z przelotami…. Najlepiej zacząć od wpisania w google coś w stylu ‘najtańsze kraje dla podróżników’. Adioso oferuje możliwość wyszukiwania cen lotów bez potrzeby określana dokładnej daty i destynacji, po prostu można wybrać rejon świata i orientacyjne miesiące. Ceny mogą się zmieniać, ale przynajmniej będziemy mieli pojęcie, że bilety lotnicze na Fiji to wydatek w granicach £1000, a na Sri Lankę można już polecieć za £300.

Ostatnim etapem wybierania miejsca wakacji jest określenie w jakim terminie możemy pojechać i skonfrontowanie tego z naszymi wypisanymi pomysłami. Jeśli możemy jechać tylko w lipcu to trzeba sprawdzić w którym kraju będzie wtedy najlepsza pogoda. I tutaj mam małą dygresję – ludzie często patrzą kiedy w danym kraju jest sezon turystyczny, ponieważ utożsamiają ten okres z najlepszą pogodą. Tak, jest to poniekąd racja. Sezon turystyczny zwykle jest wtedy, gdy w kraju panują najlepsze warunki klimatyczne. Trzeba jednak pamiętać, że jest to także okres w którym ceny są najwyższe oraz będzie największy tłok. Warto zatem popatrzeć kiedy jest tzw. shoulder season, czyli okres w którym pogoda jest dobra, a ceny nie wskoczyły jeszcze na sezonowe wyżyny. W krajach tropikalnych jest to zwykle zaraz przed, lub tuż po porze monsunowej. Pory monsunowej też nie należy wykluczać ponieważ często nie jest ona taka groźna jak ją malują. Tropikalne deszcze są zwykle gwałtowne i krótkie, więc przez większość dnia jest sucho. Poza tym jeśli interesuje nas kultura to często najciekawsze lokalne święta przypadają właśnie nie w sezonie turystycznym, np. Songkran, czyli Nowy Rok w Tajlandii jest w kwietniu. Bardzo dobrym poradnikiem na temat pogodny w Azji Południowo-wschodniej jest strona Selective Asia.

Planowanie pobytu

Jak chcemy spędzić nasz urlop? Aktywnie, czy stacjonarnie na plaży? Czy chcemy zwiedzać muzea i zabytki, czy raczej interesuje nas lokalne jedzenie, targi i codzienne życie miejscowych? Plan należy układać pod kontem naszych zainteresowań i upodobań. Dobrze jest pamiętać, że przewodniki turystyczne są tylko jednym ze wielu możliwych źródeł. W nich znajdziemy najbardziej popularne miejsca i atrakcje. Jeśli jednak chcemy zejść z utartej ścieżki to informacji należy szukać na blogach, portalach i forach dyskusyjnych. Przydatne są też aplikacje lub strony pisane przez miejscowych, np. w UK takim fajnym portalem polecającym nieturystyczne miejsca i atrakcje jest This Is Your Kingdom.

Ja nie jestem fanką typowo turystycznym atrakcji, więc zwykle poszukiwania zaczynam od wpisywania w google fraz typu ‘vietnam off the beaten track’, ‘hipster india’, ‘sri lanka alternative tourist destinations’ itp. Po prostu należy szukać miejsc i atrakcji, które nam odpowiadają a nie sztywno trzymać się tych polecanych przez popularne przewodniki. Świat jest taki różnorodny, dla każdego znajdzie się coś ciekawego. Jeśli nie przeszkadzają wam wycieczki grupowe, to na pewno zorganizowanie trasy i programu wyjazdu nie będzie trudne. Jeśli lubicie podróżować na własną rękę to trzeba będzie się trochę natrudzić, ale wszystko jest do zrealizowania. Często wystarczy tylko rzucić pytanie na forum na Trip Advisor i zaraz znajdą się ludzie chętni do pomocy lub służący radą. Ja nie mogłam kupić biletu na pociąg w Indiach ponieważ założyć konto na oficjalnej stronie można tylko jeśli ma się indyjski numer telefonu, poprosiłam więc o pomoc hotel w którym się zatrzymam i miła pani właścicielka poszła na stację i wszystko dla mnie zarezerwowała.  Świat zwykle nie jest wrogi i nie rzuca nam kłód pod nogi. Czasem wystarczy po prostu być miłym i prosić o pomoc.

Najczęściej nie dysponujemy nieograniczonym czasem i nasza podróż będzie trwała stosunkowo krótko. Nie oznacza to jednak, że musimy pędzić z miejsca na miejsce jak szaleni – więcej o podróżowaniu w rytmie slow gdy ma się ograniczony czas pisałam tutaj.

Według mnie najlepiej zaplanować wszystko z góry by już na miejscu nie tracić cennego czasu na wymyślanie kolejnych atrakcji i miejsc pobytu. Ja zwykle planuje wakacje przy pomocy tabeli w Excelu, ale równie dobrze sprawdzi się zwykła karta papieru. Rozpisuję wszystkie dni, potem planuje trasę, dodaje hotele, ceny i informacje o transporcie i wszelkich dodatkowych kosztach. Przykład takich tabel możecie zobaczyć poniżej. Nic profesjonalnego, ważne żeby znalazły się na nich wszystkie istotne informacje. jak zorganizować podróż jak zorganizować podróż

Rezerwowanie noclegów i transportu

Wiemy gdzie jedziemy, na jak długo i w jakim terminie. Na tym etapie powinniśmy już mieć kupione bilety lotnicze i znać dokładny czas i miejsce naszego przylotu i odlotu. Bardzo często na blogach podróżniczych pojawia się tutaj rada by nie rezerwować hoteli przed wylotem i szukać najtańszych ofert już na miejscu. Zdecydowanie mówię nie! Jeśli cały twój urlop to dwa tygodnie, to zapewniam cię, że ostatnią rzeczą którą chcesz robić to łazić z ciężkim plecakiem w upale, czasami po plaży, od hotelu do hotelu i pytać o pokoje i negocjować ceny. To jest strategia dla ludzi będących w podróży przez długi, długi czas, albo dla studentów na gap year. Ewentualnie dla kogoś z bardzo małym budżetem. Jednak ten poradnik nie jest adresowany do żadnej z powyżej wymienionych grup… Jeśli twój urlop to dwa, góra trzy tygodnie, masz trochę więcej kasy niż kieszonkowe od rodziców, to zarezerwuj noclegi zanim wsiądziesz do samolotu. To gwarancja udanych wakacji, wierz mi.

Bardzo dużo popularnych portali do bookowania hoteli oferuje opcję odwołania rezerwacji nawet w ostatniej chwili. Często nawet nic nie musimy płacić ani podawać swojej karty, a cała opłata będzie pobrana dopiero w hotelu. Nic zatem nie tracimy jeśli już będąc na miejscu zmienią się nasze plany. Ja korzystam najczęściej z Booking albo Agoda. Małe, butikowe hotele często jednak nie są dostępne przez takie portale i trzeba się z nimi kontaktować bezpośrednio. Warto wtedy dokładnie dowiedzieć się jaką mają cancellation policy by uniknąć jakichkolwiek nieporozumień.

Przy rezerwowaniu hoteli również trzeba brać pod uwagę nasze potrzeby i preferencję. Nieocenionym narzędziem jest Trip Advisor- wystarczy wpisać daty naszego pobytu w danym miejscu i wyświetlą się wszystkie hotele, pensjonaty, a także nietypowe miejsca typu farmy czy domki na drzewie, wraz z cenami. Jestem zdania, że na hotelach nie opłaca się za bardzo oszczędzać. Nigdy nie rezerwuje tych najdroższych, ale też unikam tych najtańszych. Jednak nocleg i miejsce w którym zostawiamy bagaż jest dość istotną sprawą dla naszego komfortu i poczucia bezpieczeństwa. Najczęściej decyduję się na małe pensjonaty albo niewielkie hotele – zależy to od miejsca i cen. W Singapurze czy Nowym Jorku hotele są drogie i tutaj na pewno lepszą opcją są bed & breakfast, hostele z prywatnymi pokojami ale dzieloną łazienką albo opcje typu Airbnb. Natomiast w Phnom Penh, czy niektórych miejscach w Malezji, można zarezerwować pokój w 4-5 gwiazdkowym hotelu w całkiem przyzwoitej cenie.

Warto też przez zrobieniem rezerwacji poczytać o standardach hoteli w danym kraju. W tropikalnych krajach istotna jest informacja czy hotel zapewnia moskitiery, klimatyzację czy tylko wiatraki, czy płatność jest kartą czy tylko gotówką. Jeśli nie zapewniają posiłków, to czy w pobliżu są jakieś restauracje? Czy toaleta jest europejska, czy tylko ‘na narciarza’, a także czy jest ciepła woda pod prysznicem – w tropikach często nie ma, bo i po co? Na przykład na odległych wyspach czasem nie ma elektryczności i  hotele korzystają tylko z generatorów prądu –  wtedy prąd jest dostępny tylko w określonych godzinach.

Bezpieczeństwo

Najczęstsze pytanie które słyszę gdy opowiadam o swoich wyjazdach to ‘Czy tam jest bezpiecznie?’. Drodzy Państwo, nie ma krajów całkowicie bezpiecznych. Wszędzie grozi nam jakieś niebezpieczeństwo, nawet jak wychodzimy po chleb do lokalnego sklepu w sobotę rano. Możemy zostać napadnięci, albo przejedzie nas samochód, albo spadnie na nas drzewo, tudzież trafi nas piorun z jasnego nieba. Nie powstrzymuje nas to jednak przed wyjściem z domu, prawda? Po prostu jesteśmy tego ryzyka świadomi, robimy wszystko żeby go uniknąć (np. przechodzimy po pasach, nie idziemy przez ciemny park) a resztę przyjmujemy na tzw. klatę. Tak samo jest z podróżami. Trzeba się zapoznać jakie niebezpieczeństwa mogą nam grozić i kierować się zdrowym rozsądkiem. Trzeba także brać pod uwagę, że może nam się coś złego stać i mieć plan działania i odpowiednie zabezpieczenia na wypadek takiej sytuacji:

  • Obowiązkową rzeczą jest ubezpieczenie – zawsze wykupuj ubezpieczenie! Te kilkadziesiąt złoty może nam na prawdę uratować skórę… Nie warto na tym oszczędzać.
  • Informuj innych o swoim miejscu pobytu i planach. Ja zawsze wysyłam plan podróży do rodziny i najbliższych znajomych. Dodaję do niego linki, adresy i numery telefonów wszystkich hoteli w których się zatrzymam i w miarę możliwości detale dotyczące przemieszczanie się, np.  czy będę podróżować pociągiem, czy taksówką, czy krajowym lotem.
  • Nie noś wszystkich pieniędzy i dokumentów w jednym miejscu. Niby oczywiste, a tak duże ludzi się do tej rady nie stosuje i potem zostają bez grosza i bez paszportu.
  • Zrób kopie paszportu, biletów, rezerwacji i polisy ubezpieczeniowej i wyślij sobie na maila.
  • Zapoznaj się z miejscowym prawem i zwyczajami. W Dubaju raczej odradzałabym całowanie się na ulicy, a na Filipinach posiadanie nawet małego skręta może skończyć się tragicznie. Bikini to strój odpowiedni na plażę, ale już niekoniecznie będzie mile widziane w restauracji przy plaży. Szanujmy kulturę i zwyczaje innych, nawet jeśli nie do końca się z nimi zgadzamy. Na pewno ujmy nam to nie przyniesie, a może ocalić od kłopotów.

Bon voyage

Wszystko zaplanowane? Spakowani? To ruszamy! Najgorzej jest tuż przed samą podróżą -stresujemy się i martwimy, czy na pewno wszystko jest załatwione i dobrze zaplanowane. Nie przejmujmy się jednak zbytnio, nawet jeśli coś nie będzie szło po naszej myśli.  A gwarantuje wam, że na pewno coś pójdzie nie po waszej myśli! Tak długo jak wasze życie nie jest w niebezpieczeństwie, to najlepiej na wszelkie niepowodzenia i problemy reagować z humorem i nie robić tragedii.

Najlepiej mieć otwarty umysł i podchodzić do świata z ciekawością i z uśmiechem. Na pewno nie należy wyjeżdżać na urlop z całą masą oczekiwań. Jeśli już musisz mieć oczekiwania, to miej jedno – żeby się dobrze bawić. Wtedy na pewno wszędzie będzie fajnie.

 

trendy w urządzaniu kuchni

NOWE TRENDY W URZĄDZANIU KUCHNI

Jeszcze nie tak dawno w kuchni rządziła biel i czerń. Stawialiśmy na ostre kontrasty a biel była lekarstwem na ponure, zmęczone wnętrza. Teraz ze świecą szukać białych kuchni w najpopularniejszych wnętrzarskich czasopismach, czy na kształtujących trendy blogach. Zniknęły także dodatki w geometryczne wzory, nie ma desek do krojenia w kształcie chmurek i domków. Zniknęły pastelowe kubki i talerze w misiowe mordki.Na topie są teraz ciemniejsze fronty szafek: szary, ciemne drewno, zielony, nawet czarny. Bez połysku, obowiązkowo matowy lub z naturalną fakturą drewna. Zamiast kontrastów mamy harmonię – do ciemnych szafek dobieramy ciemne uchwyty, ciemne zlewy i ciemne krany.

Kuchnia często podzielona jest na dwie strefy: tam gdzie toczy się cała akcja, oraz miejsce na przechowywanie zapasów i sprzętów. Nad roboczym blatem, nad zlewem i kuchenką, zamiast szafek wieszamy lampy. Szafki przeznaczone do przechowywania często zapełniają całą ścianę, od podłogi do sufitu. Nowoczesne rozwiązania pozwalają zróżnicować wnętrze szafek i idealnie dostosować do swoich potrzeb  –  znajdzie się miejsce na słoiki, przyprawy, naczyni i na rożne kuchenne sprzęty. Nic nie stoi na blacie, wszystko jest schowane. Zabudowane są także lodówki, pralki i zmywarki. Kuchnie w naszych domach często są otwarte, połączone z jadalnią lub salonem, i dlatego projektanci starają się by wyglądały elegancko.

W tych nowych, ciemniejszych szafkach trzymamy też dodatki i sprzęty w nowym stylu. Drewniane deski do krojenia i misy na owoce, żeliwne garnki i naczynia w piaskowych lub terakotowych barwach. Naturalne materiały i współgrające, stonowane barwy. Przedmioty trochę krzywe, nie idealne, wyglądające jakby wyszły spod ręki lokalnego rzemieślnika. Jednak jakość i piękny dizajn nadal są tutaj na pierwszym miejscu. Skandynawia spotyka japońskie wabi-sabi.

Nowa skandynawska kuchnia to ukłon w stronę minimalizmu i życia w harmonii z naturą. Nowe fronty KUNSBACKA IKEA zrobione są w całości z surowców wtórnych, w szafkach można zainstalować specjalne systemy do segregowania śmieci, krany oszczędzają wodę, zintegrowane oświetlenie wykorzystuje energooszczędne żarówki LED. Kuchenny bałagan zamknięty jest w szafkach, a blaty pozostają przyjemnie puste i tym samym mamy dużo więcej miejsca by wygodnie przyrządzać posiłki.

Jednak nowoczesna kuchnia to nie tylko miejsce gdzie zapracowana kobieta smaży kotlety. To serce naszych domów. Tutaj parzymy pachnąca kawę, tutaj dzieci odrabiają lekcje, spotykamy się na pogaduchy z przyjaciółkami, czy wspólnie ze znajomymi przygotowujemy kolację. Musi być zaprojektowana w taki sposób, by spełniać wszystkie te funkcje. Ma także służyć nam i cieszyć oczy przez długie lata.

kitchen essentials nordic styletrendy w urządzaniu kuchnitrendy w urządzaniu kuchnitrendy w urządzaniu kuchnitrendy w urządzaniu kuchni

WIOSENNA CAPSULE WARDROBE

Capsule wardrobe polega na tym, że w naszej szafie wszystko do siebie pasuje. Oczywiście tych ubrań powinno być niewiele, ale nie do końca o ilość tutaj chodzi. Jednym uda się stworzyć idealny zestaw na sezon tylko z 5 ubrań, komuś innemu potrzebne będzie 15. Według mnie najważniejsze jest by wszystkie części naszej garderoby do siebie pasowały i stanowiły spójną całość, tak aby móc tworzyć zestawienia na cały rok, a nie tylko na jeden sezon. Przy tak skonstruowanej garderobie nie trzeba dużo kupować przy zmianie pór roku. Wystarczy dodać kilka rzeczy, wymienić zniszczone i gotowe.

Najlepiej budować wokół tego co już mamy, trzymać się swojego stylu i nie dawać się ponieść sezonowym modom. Na przykład teraz w sklepach królują falbanki – bluzki z falbankami, bluzy z falbankami, spodnie z falbankami, swetry z kokardą. Jestem pewna, że za rok, ba nawet za kilka miesięcy, nikt nawet nie będzie chciał spojżeć na te falbaniaste twory. Kupisz teraz, wyrzucisz w następnym sezonie. Marnotrastwo wszystkiego, łącznie z czasem.

Dla mnie wiosna i lato to przede wszystkim zmiana kolorów. Pozostaje wierna spodniom, bluzom i koszulom, ale czarne zamieniam na jaśniejsze odcienie. W tym roku do bieli, szarości i pudrowego różu postanowiłam włączyć beże. Doskonale się komponują z resztą moich ubrań i spokojnie będę mogła zestawiać beżowe bluzy czy sweter z dżinsami oraz białymi koszulami. Tym sposobem nie mam w szafie ani jednej rzeczy, której nie mam do czego nosić. Wiecie, ta czerwona sukienka do której nie mamy ani butów, ani płaszcza. Czy ta jedna koszula w fioletowe kwiaty, kupiona na wyprzedaży w sieciówce. Spójność to pierwsze imię capsule wardrobe.

W szafie kapsułowej nie ma miejsca na ciuchy na ‘specjalną okazję’. Tutaj wszystko musi być funkcjonalne i wygodne – są to ubrania, w których chodzimy na co dzień. Mają być wygodne i adekwatne do większości naszych codziennych aktywności. Na przykład dżinsy i koszula w zestawie z trampkami doskonale sprawdzą się w pracy (jeśli oczywiście możecie nosić trampki w pracy), a na wieczorem wyjście do knajpy wystarczy zamienić trampki na jakieś półbuty, czy nawet coś na obcasie, i gotowe. Funkcjonalność to drugie imię capsule wardrobe.

Moim ideałem jest szafa minimalistki, czyli niewielka ilość ubrań na cały rok. Jednak w naszym klimacie jest to bardzo trudne do osiągnięcia, a poza tym czasem trzeba sobie zrobić dobrze. Tak najprościej i naszybciej. Po kilku miesiącach chodzenia ciągle w tych samych swetrach i jednym płaszczu, wiosenne zakupy to wielka frajda.

Bluza/Okulary/Koszula/Kurtka/Torba/Sweter/Buty/Bluza/Lniana koszula/Sweter

PLAKATY DESENIO

Od jakiegoś czasu rozglądałam się za nowymi grafikami do powieszenia. Przez ‘jakiś czas’ rozumiem jakieś sześć miesięcy. Długo, wiem, ale jestem bardzo wybredna w tym temacie. Z jednej strony chcę mieć coś oryginalnego, coś co długo będzie cieszyło moje oko, a z drugiej strony nie chcę wydawać na grafiki dużo pieniędzy. Tym bardziej, że chciałam kupić od razu kilka, tak aby stworzyć całą spójną galerię.

Dlatego też gdy przemiła pani z Desenio zaproponowała mi współpracę, zgodziłam się bez wahania. Plakaty Desenio znałam już od dawna i miałam już kilka upatrzonych. Zachęcały mnie ich ceny, duży wybór i fajne inspiracje dostępne na stronie -na przykład pokazane zestawienia dwóch plakatów, można pooglądać tutaj. W ofercie mają takie ikony jak wąsiasta Kate Moss, Marfa, czy bardzo teraz modne mapy. Ja trafiłam do Desenio w poszukiwaniu grafiki z ziołami i winem wypatrzonych gdzieś na skandynawskim portalu wnętrzarskim. Teraz już dumnie wiszą w mojej kuchni.

Większość plakatów trafiła do jadalni. Jeszcze nie wszystkie wiszą, nie chcę się spieszyć. Ciągle szukam dla nich idealnego miejsce. Jednak piękna czarna plaża idealnie wkomponowała się obok wielkiego G od Playtype i Small Talk od One Must Dash. Na drugiej ścianie wylądowały dwa mazańce, paprotka, lotus i kwadratowe liście. Muszę przyznać, że jestem bardzo zadowolona z tej małej galerii! Możliwe, że jeszcze dodam kilka grafik w tym miejscu, ale na razie tak jest dobrze.

Z Desenio zamówiłam też ramy i bardzo pozytywnie zaskoczyła mnie ich jakość. Co prawda nie mają szklanej szybki, tylko plastikową, ale sama rama zrobiona jest z drewna i całość jest na prawdę ładnie wykonana. Kilka ram musiałam dokupić w Ikea, nie było jednak z tym problemu ponieważ wymiary plakatów z Desenio są dość standardowe. Same plakaty są drukowane na dobrej jakości papierze o przyzwoitej grubości. Całość została dostarczona w eleganckiej, czarnej tubie.  Nie ma się do czego przyczepić, jednym słowiem “Będzie Pani bardzo zadowolona!”.

Teraz Wy także możecie być zadowoleni

Desenio zaoferowało 25% zniżkę dla czytelników bloga Allspice Design. Wysyłka do Polski dostępna jest tylko na głównej stronie desenio.com –  to ważne, bo na przykład strona desenio.co.uk już do Polski nie wysyła.  Zniżka nie obejmuje ram i handpicked posters, ale ważna jest na wszystkie inne plakaty. Wystarczy przed złożeniem zamówienia wpisać ten kod: allspicedesign25  Śpieszcie się ponieważ oferta jest ważna tylko od 7 do 9 Marca!

Jeśli jesteście ciekawi jakie grafiki trafiły do sypialni i do domowego biura, oraz chcielibyście zobaczyć z bliska te wiszące w kuchni, to zapraszam na mój Instagram (@allspicedesign).

plakaty Desenio plakaty Desenio plakaty Desenio plakaty Desenio

ZAINSPIRUJ SIĘ

Kolory dobrane na zasadzie dopełnienia, a nie kontrastów. Minimalna ilość mebli. Piękne lampy. Stylistka Sarah Widman przeistoczyła to małe mieszkanie w Göteborgu w istne dzieło sztuki. Jest tutaj bardzo dostojnie i elegancko. Jest tutaj też masa rozwiązań i inspiracji, które możemy zastosować w swoich czterech kątach.Jak jednak takie zdjęcia mogą nas inspirować? Często mylimy inspirowanie się czymś ze zwykłym kopiowaniem. Pokazujemy u fryzjera zdjęci pięknej kobiety z piękną fryzurą wycięte z kolorowego magazynu i mówimy “Proszę mnie tak obciąć!’. Oglądamy zdjęcie pięknie urządzonego salonu i za chwilę w koszyku zakupowym lądują wypatrzone tam produkty. Takie działanie zwykle kończy się niemiłą katastrofą zwaną rozczarowaniem. W wmarzonej fryzurze wyglądamy jak przysłowiowe pół dupy zza krzaka, a sofa z żurnala okazała się strasznie wielka i zagraciła nam cały pokój. Nawet jeśli nam się poszczęści i wszystko będzie ładnie pasowało i wyglądało dokładnie tak jak na zdjęciu, to narażamy się na efekt Tylera Durdena. Jak zatem czerpać inspirację i wprowadzać podpatrzone pomysły do naszych domów?

Jedna rada: patrz na całość. Aktorka na zdjęciu w kolorowym magazynie wygląda pięknie, ponieważ jej fryzura i makijaż zostały dobrane do jej typu urody i kształtu twarzy. Do tego pewno spędziła kilka godzina u stylistki żeby taki efekt osiągnąć. Pięknie urządzone mieszkanie to nie tylko pojedyncze meble i dodatki, ale także proporcje, przestrzeń, kolory. Na pewno zostało specjalnie zaaranżowane i wysprzątane do zdjęcia, a często także pewne elementy (np. kontakty, rury) zostały usunięte podczas komputerowej obróbki.  Lepiej zatem skupić się na ogólnym klimacie i zastanowić się, jak przenieść go do naszego domu.  Zresztą, mieszkanie umeblowane tylko modnymi dezajnerskimi produktami wygląda….śmiesznie? Pretensjonalnie może? Co sezon nowa lampa i krzesła? Kurczę, ja nawet ciuchów nie zmieniam w takim tempie.

W tym mieszkaniu klimat ‘robią’ kolory. Tylko naturalne, stonowane odcienie szarego, biel, czerń i brązy, głównie w postaci drewna. Jedynym kolorowym akcentem jest granatowa narzuta na łóżko. Nie ma także tutaj masywnych mebli, a ściany są raczej puste. Dodatki ograniczone są do minimum: kilka dużych grafik na ścianie, rzeźba, szklane wazony, niewielki dywan, rośliny w doniczkach.

Piękna żyrandole nadają się tylko do mieszkań z wysokimi sufitami, ale bez problemu można znaleźć coś w podobym stylu, o co nie będziemy zahaczać głową w naszych blokowych M3. Pewno większość z nas nie ma też w domach tak wielkich okien. Można jednak uzyskać podobny efekt pozbywając się zasłoń i wszelkich okiennych zasłaniaczy. Jeśli już koniecznie musimy się zasłaniać, to pozostają delikatne rolety montowane do ramy, tak aby nie zasłaniały całego okna a tylko szybę.

Podsumowując, aby stworzyć takie wnętrze najlepiej zacząć od zrobienia moodboard, a nie skupiać się nazwie producenta lampy czy sofy. Nasz moodboard będzie pełny światła, szarości, drewna i naturalnych tkanin. Jedynymi wzorzystymi akcentami będzie faktura owych tkanin właśnie. Potem wystarczy rozejrzeć się po własnych kątach i pomysleć, jak takie klimat osiągnąć. Czasem potrzeby jest tylko nowy układ mebli, nowy kolor na ścianach, czy po prostu pozbycie się zbędnych gratów. Nie trzeba zaraz kupować lampy Arne Jacobsena, stołu Artek , koszy House Doctorm czy lampy Flos aby stworzyć zjawiskowe wnętrze. Inspirujmy się, nie kopiujmy.

skandynawskie mieszkanie skandynawskie mieszkanie skandynawskie mieszkanie

Photos from Bjurfors

MIESZKANIE W KAMIENICY

Przeglądałam ostatnio mieszkania na sprzedaż i niestety ze smutkiem stwierdzam, że zdjęcia na stronach biur nieruchomości to w większości nędza i rozpacz. Brzydkie plastikowe okna, panele i dywany na podłogach, żółcie i zielenie na ścianach. Jednak te brzydactwa mają potencjał. Pod tymi wątpliwymi dekoracjami chowają się wysokie sufity, duże okna, stare deski na podłodze. Tak, marzy mi się mieszkanie w kamienicy. Chciałabym kupić takie cudo i uratować je od tych zieleni, żółci, wzorzystych firan i plastikowej tandety.

To mieszkanie jest właśnie w takiej starej kamienicy, dokładnie w Łodzi. Mieszkanko małe, ale wysokie sufity i biel nadają mu lekkości. Podoba mi się ten pazur w postaci białej cegły i surowego sufitu. Widzicie ten stary piec? Cudo, prawda? Albo telewizor? Jakże pięknie ukryty pośród grafik zawieszonych na ścianie. Kolejny prosty, ale jak bardzo efektowy pomysł to lamperia w korytarzu. Wszystko to można osiągnąć przy pomocy pędzla, gwoździa i odrobinie wyobraźni. Meble to w większości IKEA, stół i półki na ścianie są na pewno ikeowe. Fotel bujany to Eames, krzesła Whishbone zaprojektowane przez Carla Hansena, lampa stojąca to AJ Jacobsena – choć mogą to być podróby, których pełno w internetowych sklepach. Chociaż to chyba nazywa się ‘mebel inspirowany’, podróba to taki brzydkie słowo. Wszystko po tak zwanej taniości. Ale całość wygląda pięknie i stylowo.

Proszę by wszyscy  ratowali mieszkanie w kamienicach w takim stylu.

mieszkanie w kamienicymieszkanie w kamienicymieszkanie w kamienicy

Photos from White Mad

plakaty atelier cph

NOWY TREND, NOWE PLAKATY THE POSTER CLUB X ATELIER CPH

Gdy po raz pierwszy zobaczyłam te zdjęcia w głowie pojawiły mi się dwie myśli: Braque i Henry Moore. Kolorystyka i geometryczne, trochę futurystyczne kształty lat 70 to temat przewodni tej stylizacji. Dwa plakaty powstałe dzięki kolaboracji pomiędzy The Poster Club i Studio Atelier Cph przywołują na myśl obłe rzeźby. Braque maluje martwą naturę z rzeźbą Moora.

Inspiracja latami 70′ oraz sztuką abstrakcyjną coraz częściej pojawia się we wnętrzarskich magazynach. Czyżby nowy trend? Czyżby pojawiła się wreszcie alternatywa dla czarno-białych skandynawskich wnętrz?

plakaty atelier cphplakaty atelier cph plakaty atelier cphplakaty atelier cph

Photos from The Poster Club

IKEA STOCKHOLM 2017

W tym tygodniu IKEA pochwaliła się zdjęciami nowej kolekcji STOCKHOLM. Jak zwykle trudno jednoznacznie określić, czy IKEA podąża za trendami, czy może sama je tworzy. Na pewno jednak kolekcja ta doskonale oddaje ducha panującego teraz w wnętrzarskim świecie – powrót do natury i prostoty oraz celebracja rzemieślniczego kunsztu.Kolekcja STOCKHOLM po raz pierwszy ujrzała światło dzienne w 1984 roku i pod tamtej pory co roku powraca w trochę innym wydaniu. Zawsze jednak jest to nowoczesne, skandynawskie wzornictwo oraz najwyższej jakości materiały oraz wykonanie. Z tego powodu kolekcja STOCKHOLM jest trochę droższa niż inne proponowane przez IKEA. Cena jednak i tak nie jest zbyt wygórowana w porównaniu z innymi skandynawskimi markami, a inwestując w produkty z tej kolekcji na prawdę nabywamy dobry design i dobrą jakość.

STOCKHOLM 2017 to 47 produktów inspirowanych Szwedzką naturą i światłem oraz zaprojektowanych w taki sposób by z łatwością dopasować się do każdego wnętrza. Ta uniwersalność uzyskana jest dzięki zastosowaniu naturalnych materiałów takich jak rattan, jesion oraz ręcznie dmuchane szkło. Viveca Olsson, creative leader w IKEA, mówi, że u podstaw tej kolekcji leży  troska o nasze dobre samopoczucie, jakość oraz wygoda – podstawowe idee slow living.

Kolorystycznie STOCKHOLM 2017 jest dużo jaśniejszy od poprzedników. Ciemne drewno zostało zastąpione jasnym jesionem i rattanem. Dominującym kolorem jest ciemny i zimny niebieski inspirowany wiecznie zimnymi wodami otaczającymi półwysep skandynawski. Trzeba przyznać, że welwetowe obicie sofy w tym granatowym kolorze wygląda na prawdę bardzo elegancko.

Moim zdaniem najlepszymi produktami są właśnie te wykonane z drewna i rattanu. Nike Karlsson, projektant fotelu i szafki z pięknymi rattanowymi drzwiczkami, tak opowiada o pracowaniu z tym nietypowym materiałem: ” Praca nad rattanowymi produktami to proces zupełnie inny od standardowego sposobu produkcji w IKEA gdzie dominują proste kąty i płaszczyzny produkowane przez super wydajne fabryki. Rattan to materiał wymagający czasu oraz pracy z rzemieślnikami. Kunszt i praca ludzkich rąk są tutaj najistotniejsze.”

IKEA skupiła się podczas projektowania tej kolekcji na potrzebach zwykłych ludzi – nas, spędzających czas w dużych domach oraz małych mieszkaniach. A większość z nas ma podobne potrzeby – chcemy aby nasze domy były przytulne, harmonijne i pozwalające na zrelaksowanie się po długi dniu; chcemy spędzać więcej czasu na robieniu zwykłych, codziennych czynności tak jak czytanie książki, czy drzemka na kanapie; chcemy otaczać się ręcznie robionymi przedmiotami ponieważ oryginalność jest dla nas tak samo ważna jak jakość i dobre wykonanie;  chcemy wiedzieć skąd przedmioty pochodzą, jak i z czego zostały wykonane – wszystko to w trosce o to by nas życie było wartościowsze, bliżej natury oraz miało jak najmniejszy negatywny impakt na środowisko naturalne.  Kolekcja STOCKHOLM to odpowiedź na te nasze potrzeby.

Widać, że IKEA dobrze odrobiła lekcję i tworzy kolekcję które trafiają w gusta różnych grup klientów. Nie oszukujmy się, te wymienione wyżej potrzeby są charakterystyczne dla pewnej grupy, żeby nie powiedzieć klasy, społecznej. I choć nie wiem jak bardzo będziemy przekonani, że jest to jedyna słuszna grupa i reprezentuje jedyne słuszne przekonania, to jednak IKEA jest bardzo demokratyczna i ma w swojej ofercie wzornictwo dla każdego. Obok fotela z rattanu wykonanego przy współpracy z komuną bezrobotnych kobiet w Indonezji znajdziemy różowy stołek z plastiku sklejony przez źle opłacanych robotników w fabryce-molochu w Chinach. Może właśnie dlatego albo się ten sklep kocha, albo nienawidzi?

Jeśli jesteście targetem mózgów stojących za kolekcją STOCKHOLM 2017 to śpieszę donieść, że pojawi się ona w sklepach już w kwietniu.

jak często prać

JAK CZĘSTO PRAĆ?

Jak często zmieniasz pościel? Jak często pierzesz ręczniki? Nie musisz odpowiadać. Wiem, że robisz to źle. Za często albo za rzadko. Nie w ten dzień tygodnia albo nie o tej porze dnia i nocy. Na pewno też źle pierzesz, złego płynu do tkanin używasz i generalnie to zaraz dopadnie cię choroba. Albo śmierć w najlepszym wypadku. Ewentualnie ugryzie cię roztocze i wda się zakażenie. Albo bakterie. Niedajboże grzyby i pleśń!

Co jakiś czas trafiam na internetowe dyskusje na temat ‘jak często prać’. Temat prania ręczników zdaje się zaprzątać umysły pań domu i rozgrzewać do czerwoności ich wewnętrzny kompas prawdy i prawilności. ‘Nie wyobrażam  sobie jak można nie zmienić ręczników po trzech wytarciach się! Toż to obrzydliwe!’ – bębnią w klawiatury. ‘Pościel trzeba zmieniać co tydzień bo inaczej to niehigieniczne i może się źle skończysz, szczególnie dla dziecka’ – wieszczą matki polki. Acha, zapomniałam jeszcze, że poduszki trzeba zmieniać co sześć miesięcy ponieważ inaczej stają się siedliskiem wszelkiego zła i pomału nas w nocy zabijają.

Fakt numer 1: co roku upadek z łóżka jest przyczyną śmierci koło 450 ludzi w samych tylko Stanach Zjednoczonych. 13 osób rocznie ginie przygniecionych przez vending machine, 70 dzieciaków rocznie śmiertelnie krztusi hot-dogiem, a od 2014 roku aż 49 osób zginęło podczas robienia selfie. Czytałam jeszcze kiedyś ile osób rocznie ginie podczas zakładania skarpetek, ale nie pamiętam już teraz dokładnej liczby. Na pewno było to w setkach.  Nie przeczę zatem, że ktoś mógł umrzeć od wytarcia się tygodniowym ręcznikiem albo spędzenia nocy w niezmienianej od tygodni pościeli. Po prostu czasem umiera się z powodu głupich przypadków i zbiegów okoliczności. Nikt jednak nie uważa, że igrasz ze śmiercią nosząc skarpety, a śpiąc w łóżku narażasz się na najgorsze z najgorszych. Zrozum, że ta sama zasada stosuje się do głupiej pościeli i ręczników – nie stanowią one zagrożenia zdrowia ani życia. Chyba że wytrzesz owym ręcznikiem ropiejącą ranę nietoperza złapanego w dżungli, a następnie swoją twarz. W takim przypadku na pewno masz już wirusa Ebola i zaraz umrzesz.

Fakt numer 2: ludzie są różni. Jeden zalewa się potem nawet przy jedzeniu kotleta, drugi może przebiec maraton i mieć ledwie zapoconą skroń. Temu śmierdzą nogi, innemu daje spod pachy, a trzeci ma dziwny gen ABCC11 i nie wydziela żadnego zapachu.  Jeśli twój ręcznik śmierdzi jak szmata do podłogi po trzech użyciach to faktycznie musisz go wyprać. Nie znaczy to jednak, że wszyscy ludzie powinni je prać tak samo często jak ty. Deal with it.  Zamiast ślepo słuchać dobrych rad wszystkowiedzących ludzi i internetów, lepiej po prostu przeprowadzić bardzo prosty test: podstawić ręcznik pod nos i powąchać. Śmierdzi – do prania. Nie śmierdzi – śmiało wycieramy się dalej.  Test działa tak samo dobrze w przypadku pościeli i ubrań.

Konkluzja: pościel i ręczniki należy prać gdy są brudne.

***

Denerwują mnie te wszystkie ‘trzeba’ i ‘musisz’ w kwestiach tak błahych jak częstotliwość prania ręczników. Zwykle nie są poparte żadnym sensowym argumentem – w przypadku prania jest to opinia jakiejś baby, w przypadku poduszek to po prostu bzdura wymyślona przez producentów by zwiększyć zyski (przypominam, że poduszki ‘trzeba’ wymieniać co pół roku).

Może po prostu niech sobie każdy pierze według potrzeb? Może przestań oceniać innych po tym jak często zmieniają pościel?Może zanim wrzucisz ręcznik do pralki pomyśl, czy robisz to dlatego że on jest już faktycznie brudny, czy może dlatego że masz w głowie jakieś ‘trzeba’ i ‘musisz’ zasłyszane na mieście/internetach? A najlepiej zajmij się czymś ciekawszym niż takimi pierdołam – powiedziała blogerka, która właśnie spędziła godzinę na napisanie tekstu o praniu ręczników.

jak często prać

meble borcas

MINIMALIZM I JAKOŚĆ: MEBLE BORCAS

Przedmioty którymi się otaczamy powinny być dopasowane do naszego sposobu życia oraz do naszych potrzeb – większość z nas kieruje się takim przekonaniem przy urządzaniu domów. Mało kto dostrzega, że meble mogą także ten sposób życia i potrzeby kształtować. Na przykład duży stół i wygodne krzesła ustawione w centralnym miejscu domu zachęcają do spędzania przy nim czasu nie tylko w czasie spożywania posiłków. Otwarte półki i minimalna ilość różnego rodzaju skrytek i schowków zachęcają do utrzymywania porządku. Moim zdaniem zachęcają także do ograniczenia ilości posiadanych przedmiotów. Nie oszukujmy się: wszyscy lubimy ‘chomikować’. Upychać próżne przydasie w szufladach i zamykać je w szafkach na tak zwane ‘w razie czego’. A gdyby tak nie było gdzie upychać?

Meble od polskiego studia borcas łączą w sobie obydwie wyżej wymienione cechy – są dopasowane na potrzeb większości z nas, a także wpływają na nasze otoczenie i wymuszają zmianę naszych nawyków. Proste, minimalistyczne regały nie pozwalają na bezmyślne gromadzenie rzeczy. Lekka, ażurowa konstrukcja regału slott czy sky sprawia, że będą wyglądać dobrze zarówno ustawione pod ścianą, a także na środku pomieszczenia. Mogą stanowić stylowe ściankę oddzielającą np. część jadalną, od wypoczynkowej. Wymuszają na nas ograniczenie przedmiotów do minimum i aż proszą się, by ustawiać na nich tylko najpiękniejsze skarby oraz tworzyć przemyślane kompozycje.

Biurka i stoły zachwycają pięknym wykonaniem i lekkością. Nie widać żadnych śrub czy wkrętów. Nogi biurka skog wyrastają prosto z dębowego blatu i przywodzą na myśl majestatyczne drzewa. Skojarzenie całkiem słuszne, bowiem na stronie borcas czytamy: “Prosta konstrukcja skog nawiązuje wyglądem do norweskich lasów. Układ nóg, które podpierają naturalny drewniany blat, przypomina drzewa wyrastające z ziemi.”

Natura i Skandynawia inspirowała także inne projekty tej marki. Moim faworytem jest rama gate – pięknie wykonana dębowa rama wypełnione zielonym chrobotkiem. Już sam jej widok sprawia, że czuję zapach lasu, wilgotnego mchu i porostów pokrywających korę majestatycznych drzew. To jest na prawdę brama do innego, leśnego wymiaru. Do tego ten domowy las nie jest wymagający. Chrobotek jest łatwy w utrzymaniu, wystarczy go tylko raz na jakiś czas spryskać wodą i będzie cieszył nasze oko przez długi czas.

Borcas to także piękne ławy i mniejsze drewniane akcesoria. Skrzynia dal zachwyca swoim wykonaniem. Zwróćcie uwagę na piękne łączenia wykonane bez użycia gwoździ. Zastosowany tutaj został rodzaj złącza pięknie zwany jaskółczym ogonem. Dużym plusem jest także spójność całej kolekcji: skrzynie, jak i kontener havn, doskonale pasuje do regałów i zestawione razem tworzą mebel o zupełnie innym charakterze. Wielbiciele chomikowania na pewno docenią tą opcję!

Meble borcas wypełniły lukę na polskim rynku wnętrzarskim. Do tej pory mieliśmy do wyboru unowocześnioną wersję meblościanek  i fikuśne meble dla wielbicieli pastelozy, oraz super drogie i trochę wydziwione projekty z tak zwanej górnej półki (przykład tu). Teraz wielbiciele skandynawskiego minimalizmu mogą znaleźć także coś dla siebie. Hej borcas, czekamy na więcej!

meble borcasmeble borcas meble borcas

babcia

Z OKAZJI DNIA BABCI

Parę lat temu napisałem pewien krótki tekst i dziś postanowiłam go opublikować. Dlaczego dopiero teraz? Ponieważ jest to tekst bardzo osobisty. Ponieważ jest to tekst bardzo smutny.  Ponieważ w tym roku po raz pierwszy w życiu nie małam komu złożyć życzeń z okazji Dnia Babci i Dnia Dziadka.

Zastanawiałam się, czy aby nie dopisać jakiegoś pozytywnego epilogu, nie poklepać siebie i czytelników po ramieniu ze słowami ‘Wszystko będzie dobrze’. Zdecydowałam jednak nic nie zmieniać. Nie ma bowiem żadnych słów które mogą przynieść pocieszenie po stracie najbliższych. Każdy radzi sobie z tym inaczej, ale najczęściej po prostu życie toczy się dalej i tylko my jesteśmy już na zawsze trochę inni. Trochę niekompletni.

Parę miesięcy temu umarła moja babcia. Nie było to zdarzenie nagle lub niespodziewane. Babcia była już bardzo wiekowa I od jakiegoś czasu nie była w zbyt dobrej formie.

Dużo wiec myślałam o jej śmierci i jak to będzie, gdy któregoś dnia zadzwoni do mnie tata żeby oznajmić mi ta smutna wiadomość. Wiedziałam, że będą łzy, ze będzie smutek. Była wszakże ze mną całe życie. Wychowywała mnie gdy moi młodzi rodzicie pracowali, gotowała mi obiady, piekła ciasta, zabierała na letnie festyny w swoim małym miasteczku, a gdy byłam już trochę starsza, przychodziła odebrać mnie ze szkoły za każdym razem jak była u nas w odwiedzinach.

Nigdy jednak nie zastanawiałam się jak to będzie gdy minie ten pierwszy smutek. Jak to będzie żyć dalej w świecie w którym babci już nie ma. Zawsze zadziwiał mnie fakt jak szybko wszystko zaczyna się toczyć dalej tak ,jak niby nic się nie stało. Osoba znika a wokół nic się nie zmienia. Nadal trzeba wstać rano, zrobić herbatę, iść do pracy, kupić sobie nowe skarpety i planować wakacje. Śmierć uzmysławia jak mało znaczące w perspektywie świata jest nasze jednostkowe istnienie. Tak na prawdę jest ono ważne tylko dla nas samych i dla kilku najbliższych nam osób.Niby taka oczywista prawda, ale często o tym zapominamy. Ten początkowy szok i smutek bardzo szybko mija, wracamy do swojej codziennej rutyny. Nie ma czasu by płakać i się smucić. Tak po prostu i banalnie – trzeba żyć dalej.

Jednak śmierć powoduje coś, na co nikt nigdy mnie nie przygotował. Nie wiem nawet, czy można na to się przygotować. I nie jest to stan chwilowy, taki który minie i na który pocieszenim może być powiedzenie ‘czas leczy rany’. To stan permanentny, coś co będzie już w nas do końca życia. Po śmierci bliskiej osoby powstaje gdzie w nas, tak głęboko w środku, wielka czarna dziura. Brak totalny, czarna wyrwa, pustka absolutna. Nieuleczalna, zawsze ziejąca rozpaczą i paraliżującym zimnem…

Za każdym razem jak myślę o babci to czuję od tej pustki przejmujący chłód, taką wciągająca nicość. Nie ma jej już, nie ma… Przez całe moje życie była. Planowałam kiedy się z nią znowu zobaczę, co jej opowiem, co będziemy razem robić. Rytuały powtarzane przez lata: wchodzenie na czwarte piętro, drzwi od mieszkania już uchylone, otwieram a w korytarzu stoi babcia i się uśmiecha. Co roku trochę jakby mniejsza, coraz bardziej pomarszczona. Zawsze jednak tam była i na mnie czekała. Dawniej razem z dziadkiem, później już sama.

Kilka dni przed moim planowanym powrotem do Londynu babcia poważnym głosem pytał: ‘No to co ty sobie zabierzesz tym razem? Co ci dać?’. Następnie otwierała swoje sekretne schowki i wyjmowała babcine skarby – słoiki z domowymi przetworami, ręcznie wyszywane serwetki, starą porcelanę, wiekowe ozdoby na choinkę. Od babci nie wyjeżdżało się z pustymi rękoma, oj nie! Do tych wszystkich słoików z dżemami, grzybkami w occie i sokiem malinowym dostawało się jeszcze miskę galaretki z nóżek, upieczone mięso i pęto kiełbasy. Babcia mówiła: ‘Wiem, że lubisz, więc kupiłam już parę dni temu żeby na ciebie czekało.’ Każdego roku w grudniu przychodziła koperta zaadresowana babciną ręką, trochę takie staroświeckie litery, z roku na rok trochę bardziej rozchwiane. W środku kartka z życzeniami I opłatek. W tym roku kartka po razy pierwszy nie przyszła. Już nigdy nie przyjdzie.

Została tylko wielka, zimna, przerażająca pustka.

babcia

 

CZYM JEST SLOW TRAVEL?

Romantyczna idea slow travel to rzucenie pracy i ruszenie w drogę na wiele miesięcy i bez konkretnego planu. Nie każdy jednak może sobie na taki luksus pozwolić i zazwyczaj mamy do dyspozycji dwa, trzy tygodnie na jeden wyjazd. Czy można podróżować w rytmie slow gdy ma tak się mało czasu? Można, ponieważ w wolnym podróżowaniu nie chodzi o czas trwania podróży, ale o sposób w jaki podróżujemy. Wolne podróżowanie to odwaga by nie podążać za tłumem i zrozumienie, że nie ma czegoś takie jak atrakcje, które koniecznie trzeba zobaczyć.

Największymi przekleństwami przy planowaniu wyjazdu są przewodnik turystyczne oraz przeklęte FOMO, czyli Fear Of Missing Out (strach przed tym, że ominie nas ważna informacja czy wydarzenie). Praktycznie każdy przewodnik czy strona internetowa o podróżach pokazuje nam jakieś top 5, top 10 – wylicza miejsca czy rzeczy które w danym kraju trzeba koniecznie zobaczyć. Syrenka w Kopenhadze, Pałac Buckingham w Londynie, Khao San Road w Bangkoku oraz Killing Fields w Phnom Penh. Współczesny turysta podąża szlakiem atrakcji reklamowanych przez biura podróży i przewodniki. Konsumuje kolejne miejsca, miasta, kraje jak punkty na mapie świata –  bez głębszej refleksji, bez zrozumienia, nawet bez większego zainteresowania. Byle tylko pstryknąć fotkę i móc pochwalić się ‘o, tutaj byłem!’.

Cztery godziny w Barcelonie wystarczy by zobaczyć Sagrada Familia, przespacerować się po Las Ramblas i nawet zobaczyć jakiś budynek Gaudiego. Czy jednak przez cztery godziny poznamy miasto, zrozumiemy jego specyfikę, charakter? Czy dowiemy się dlaczego akurat w Barcelonie powstała tego typu architektura oraz dlaczego to właśnie Hiszpania wydała tak wspaniałych i rewolucyjnych artystów jak Dali czy Picasso? Poznamy kulturę jedzenia tapas i sposób picia ginu (który jest inny niż np. typowe angielskie G&T)? Wątpię. Będziemy mieli fotkę, będziemy mogli pochwalić się przed znajomymi, a co może najważniejsze – będziemy mogli pochwalić się sami przed sobą jakimi to globtroterami jesteśmy, tacy światowi ludzie że hej!

Podróżować jest teraz niezmiernie łatwo, chyba najłatwiej jak do tej pory w historii naszej cywilizacji. Coraz więcej ludzi może sobie także pozwolić na bardziej egzotyczne wyjazdy. Te masy ludzi jeżdżą w te same same miejsca i siłą rzeczy tworzy się niesłychany tłok. Nie wiem czy próbowaliście kiedyś zobaczyć Mona Lizę w Luwrze? Obecnie można uważać się za szczęśliwca, jeśli uda nam się zobaczyć czubek jej głowy ponad morzem głów i wyciągniętych rąk z aparatami i telefonami. Potem w rozmowach można usłyszeć, że obraz mały, przereklamowany, zupełnie nie warty zobaczenia. Miałam nieprzyjemność czytać ostatnio relację pewnej blogerki z wyjazdu do świątyń Angkor. Dziewczyna pisała, że brud, że oszukują, że tłok, kolejki i generalnie, że Kambodża to ‘przykład kraju zrujnowanego przez lewaków’ (??), a Kambożanie to nieumiałki które zamiast ‘dziergać bikini na drutach i sprzedawać turystom’, siedzą bezczynnie i klepią biedę. Same świątynie określiła jako nieciekawe kupy kamieni.  Ewidentnie pojechała tam, ponieważ kompleks świątyń Angkor jest określany we wszystkich przewodnikach jako atrakcja której nie można przegapić. Nie pojechała tam z własnego wyboru – machina turystycznego przemysłu wybrała za nią. Z jej wpisów widać, że woli piękne plaże, drinki z palemką i luksus all inclusive, ale mimo to presja, czy też FOMO pompowane przez specjalistów od marketingu, sprawiły że wybrała się w miejsce zupełnie dla niej nieodpowiednie. W rezultacie nikt nie był zadowolony. Ani owa blogerka, ani ludzie którzy na prawdę pojechali tam z ciekawości, a zmuszeni zostali do tłoczenia się z takim właśnie przypadkowymi osobami.

Podróżowanie w rytmie slow to wyrwanie się z tego schematu i podążanie własną ścieżką. To zaakceptowanie, że nie wszystko trzeba zobaczyć i lepiej podróżować tak jak się lubi, niż tak jak mówią nam przewodniki i znajomi. To zrozumienie, że można całkiem miło zwiedzić Kopenhagę nie odwiedzając syrenki, a wycieczka do Barcelony może się udać bez wizyty w Sagrada Familia. Jadąc na weekend do jakiegoś miasta nie trzeba ganiać jak w ukropie by zobaczyć wszystkie atrakcje wymienione w przewodniku. Wybieramy się w podróż przecież po to, by zobaczyć coś nowego, czegoś się nauczyć, wyrwać się z naszej codziennej rutyny a także by odpocząć –  zatem głównie robimy to by sprawić sobie przyjemność. Wolne podróżowanie to odtrutka na wycieczki objazdowe, grupowe bieganie po must see atrakcjach, na pośpiech i stres czy aby wszystko na pewno zobaczyliśmy, na FOMO. To powrót do dziecięcej ciekawości świata i do umiejętności fascynowania się nawet najprostszymi rzeczami. To zrozumienie i zaakceptowanie faktu iż nie uda nam się być wszędzie, zobaczyć i doświadczyć wszystkiego. I obojętnie czy mamy trzy dni, czy trzy miesiące, ponieważ slow travel to stan umysłu a nie czas spędzony w podróży.

Do wyrwania się ze schematu potrzeba pewnej dozy odwagi. Nie jest nam łatwo zrezygnować z wygodnych łóżek, białych obrusów i znajomych smaków na rzecz spania na macie tatami, jedzenia ręką z liścia bananowca czy deseru w postaci lodów z kukurydzą i fasolą. Jedziemy więc w egzotyczne rejony świata ale oczekujemy kapci i miękkiego szlafroka w hotelu, kontynentalnego śniadania i makdonalda na każdym rogu. Po co zatem gdziekolwiek wyjeżdżać? Jak chcesz mieć jak w domu, to po prostu zostań w domu. Jeśli wakacje czy podroż mają być czymś więcej niż tylko bezmyślnym odhaczaniem kolejnych atrakcji i pasmem narzekania, to trzeba wyjść ze swojej strefy komfortu i spróbować podróżować alternatywnie. Więcej na ten temat pisałam już wcześniej, do poczytania tutaj.

Slow travel tak na prawdę powinno być tłumaczone jako ‘uważne podróżowanie’ ponieważ wtedy skupiamy się na kluczowej sprawie – nie na długości wakacji czy podróży, ale na jej jakość. Jako uważni podróżnicy zyskujemy coś więcej niż fotkę i stempel w paszporcie. Skupienie się na swoim otoczeniu, ciekawość, pokora i otwartość na nowe doznania sprawia, że stajemy się lepszymi ludźmi. Stajemy się bogatsi wewnętrznie, poszerzają się nam horyzonty. Świat przestaje jawić się jako wrogie miejsce, ponieważ zaczynamy rozumieć, że inność jest pojęciem względnym. Tak samo zresztą jak prawda.

Nie mam dla was recepty na to jak podróżować w rytmie slow. Niektórzy lubią wyjeżdżać na długo, inni wola kilka krótszych wypadów. Ktoś jedzie zupełnie bez planu, inny rezerwuje hotele dwa miesiące przed wyjazdem.  Najważniejsze to zrozumieć, że nie ma takich miejsc, które koniecznie musimy zobaczyć oraz wyleczyć się z FOMO oraz po prostu zwolnić tempo. Zamiast sześciu miejsc odwiedź tylko trzy. Spróbuj zejść z utartych szlaków i odkryj prawdziwe oblicze danego miejsca.  Nie zakładaj z góry, że lokalne jedzenie jest niesmaczne i niehigieniczne. Nawet jak dostaniesz sraczki, to raczej nie z powodu braku higieny – po prostu nasze żołądki są przyzwyczajone do zupełnie innego jedzenie. Nie nazywaj mieszkańców Azji brudasami na widok śmieci leżących przy drodze – po prostu spróbuj zrozumieć dany kraj i jego problemy. Na przykład w Kambodży faktycznie leżą sterty śmieci przy drogach, ale to dlatego że mieszkańcy nie mają śmietników a śmieciarka to widok niemiernie rzadki. Ludzie składują odpady w jednym miejscu by następnie je spalić.  Mówisz że to bardzo nieekologicznie? W tym kraju jeszcze w 1997 panował okrutny reżim Czerwonych Khmerów, zamordowano miliony ludzi, praktycznie całe miasta i infrastrukturę zrównano z ziemią. Oczekiwanie, że 20 lat później kambodżański chłop będzie segregował odpady i kupował organiczny hummus, jest po prostu niedorzeczne. Uważne podróżowanie to odrzucenie mentalności uprzywilejowanego osadnika z Europy.

Warto zastanowić się przed następnymi wakacjami co tak na prawdę sprawia nam przyjemność, dlaczego chcemy w dane miejsce jechać i co chcemy z tej podróży wynieść. Warto także krytycznym okiem spojżeć na plan naszego wyjazdu – ile czasu zaplanowaliśmy w jednym miejscu, ile czasu spędzimy na dojazdach… Ja zawsze zaczynam od przeczytanie przewodnika a potem robię selekcje wszystkich miejsc w nim wymienionych pod kątem swoich własnych upodobań i preferencji. Na pewno nie jadę gdzieś tylko dlatego, że w przewodniku napisali: Tego nie można pominąć! Starannie sprawdzam czas dojazdów ponieważ nie chcę spędzać codziennie kilku godzin w autobusie lub taksówce. Staram się wykorzystać krótki urlop maksymalnie, dlatego też robie plan i rezerwuje hotele dużo wcześniej. Nie muszę się potem stresować na miejscu. Nie mówię, że mój sposób jest najlepszy. Każdy musi wypracować swój własny. Chętnie natomiast podzielę się planami moich poprzednich wyjazdów. Dajcie znać w komentarzach czy chcecie zobaczyć jak wygląda moje uważne podróżowanie w praktyce.

powolne podróżowanie powolne podróżowanie

NOWY TREND: COKÓŁ

Prosty sześcian na którym ustawimy rośliny doniczkowe, figurki czy świeczniki już niedługo zawita do naszych domów. Na razie powoli i nieśmiało zaczął pojawiać się na Pinterestowych inspiracjach, ale już niedługo będzie także w twoim domu. Takie mam przeczucia. Cokół to łatwy projekt DYI, a do tego na prawdę fajny pomysł na dekorację. Jak zawsze genialność tkwi w prostocie.

Bardzo podoba mi się ten zrobiony z płyty pilśniowej pomalowanej na szaro. Świetnie by też wyglądał pomalowany na czarno, prawda? U mnie co prawda będzie siedział na nim kot i już żadnej roślinki tam nie postawię.

cokół cokół cokół

Photos from Pinterest and The Design Chaser