STYCZNIOWE ODKRYCIA

Styczeń w tym roku minął mi wyjątkowo szybko i bezboleśnie. Przyznam się, ze dość dużo siedziałam w domu i spędzałam czas głównie na przeglądaniu Internetu i oglądaniu filmów. Aura nie sprzyjała weekendowym wyjazdom za miasto, a nawet spacerom po mieście. Przemykałam tylko między pracą, domem i zajęciami jogi. Na wyprzedażach nie byłam, nic nie kupiłam.

Nie znaczy to jednak, że nie wypatruję nowych trendów i nie wyszukuję fajnych rzeczy. Jest wręcz zupełnie odwrotnie – w styczniu trafiłam na kilka całkiem nowych (przynajmniej dla mnie!) i ciekawych marek i produktów. Bardzo mnie to cieszy, ponieważ końcówka zeszłego roku to była posucha w departamencie rzeczy fajnych. Nic mi się nie podobało, nic nie inspirowało i nie trafiłam na nic nowego ani odkrywczego. Zaraz, zaraz, na polską markę odzieżową The Hive trafiłam przecież w grudniu! Niby tak, ale zakup poczyniłam i otrzymałam dopiero w styczniu, więc zaliczą ją do moich noworocznych odkryć.

Na The Hive trafiłam podczas poszukiwań polskich marek streetwear’owych. Niby jest ich dużo, ale  większość albo nie oferuje kolekcji dla kobiet, albo takowe maja, ale w zupełnie nie moim stylu (patrz krórkie bluzy i koszulki, kolor różowy, serduszka i słodkie napisy). The Hive urzekło mnie prostotą i trochę tomboy’owym stylem dla dziewcząt. Dżinsowy płaszcz z kapturem trafił już do mojej szafy. Nie wykluczam, że poczynię u nich jeszcze jakieś zakupy.

Kolejnym odkyciem także polska marka – biżuteria marki Wishbone. Trafiłam na nich na Instagramie. Postanowiła, że w tym roku zacznę nosić trochę więcej biżuterii. W moim przypadki ‚trochę więcej’ oznacza po prostu, że zacznę nosić biżuterię. Do tej pory nie nosiłam żadnej, oprócz kolczyków i jakiegoś wisiorka na wielkie wyjście. Bardzo spodobały mi się naszyjniki z monetę i księżycem. Złote wyglądają super, ale ja jestem księżycową dziewczyną i preferuje srebro.

Instagram uporczywie pokazywał mi też pewne torebki w kształcie koła. Dla mnie zbyt małe, ale zaciekawiły mnie na tyle żeby sprawdzić skąd się biorą. Okazało się, że biorą się od pani Zofii Chylak. Okazało się także, że oprócz małych torebek Zosia robi także super torby. Upatrzyłam sobie shopper’a z krokodyla. Obeznani z tematem wiedząc, że torebki pani Chylak rozchodzą się jak przysłowiowe ciepłe bułeczki. Shopper’a nie było, potem się pojawił, przegapiłam i teraz znowu nie ma. Czekam.

Kolejnym odkryciem jest brytyjska młoda marka Austin Austin. Jeśli chodzi o kosmetyki, to tak samo ważny jak skład i skuteczność jest dla mnie ich wygląd. Opakowanie Austin Austin to minimalistyczna perfekcja dla wszystkich zakochanych w stylu Matiss’a czy uwielbiających rysunki Picass’a.

Nigdy nie korzystałam z kalendarzy, uwielbiam jednak te ładne i dobrze zaprojektowane. Zresztą uwielbiam wszelkie artykuły papiernicze. The Brown Paper Movement to kalendarze i notatniki, które mogłabym mieć na biurku. Wykonane z szarego papieru, niby nic szczególnego, a jednak urzekły mnie tą swoją prostotą właśnie.

Dwa ostatnie odkrycia to domowe dekoracje, a konkretniej plakaty. Hotel Magique to plakaty z typografią, ale w fajnym trochę retro wydaniu. Może trochę zbyt słodkie jak dla mnie, jednak myślę, że każdy znajdzie u nich coś dla siebie. Drugie plakatowe odkrycie to prace Jennifer Ament.  Rośliny, dłonie i ciekawe abstrakcje chętnie widziałabym w swoim domu. Oryginalne i niebanalne.

A Wam co ostatnio wpadło w oko? Podzielcie się w komentarzach.

SaveSave

SaveSaveSaveSave

SaveSave

SaveSave

SaveSave

SaveSave

SaveSave