kreta

KRETA, CZYLI MOJE MAŁE GRECKIE WAKACJE

Są tacy, którzy na wakacje jadą co roku w to samo miejsce. Ja do takich ludzi nie należę. Gna mnie zawsze w nieznane, byle dalej i byle z dala od utartych turystycznych szlaków. Jednak w tym roku pod koniec września pognało mnie całkiem niedaleko i całkiem turystycznie bo na Kretę.

Przyznam się szczerze, że perspektywa tego wyjazdu nie przyprawiała mnie o szybciej bijące serce. Po pierwsze na Krecie już kiedyś byłam, po drugie nie bardzo wiedziałam co ekscytującego może mnie czekać na wyspie, która jest turystycznym wyborem rodzin z dziećmi orazfanów wyjazdów all inclusive. I co? I okazało się, że był to bardzo udany wyjazd.

Kreta to bardzo piękna wyspa, szczególnie dla wielbicieli dramatycznych krajobrazów. Małe zatoczki, wzgórza porośnięte gajami oliwnymi i wysokie góry wśród których wiją się drogi a na stokach przycupnęły małe wioski i przytulne tawerny kuszące typowo greckimi potrawami i tanim winem. Zdecydowanie polecam wynająć samochód i zapuścić się w te górskie rejony. Widoki zapierają dech w piersiach, jedzenie w lokalnych restauracjach jest wyborne a przy okazji możemy trafić na jakąś sekretną plażę. A tych jest na Krecie pod dostatkiem.

My zatrzymaliśmy się niedaleko Chani, jednego z większych miast na Krecie. Na południowym-wschodzie od miasta znajduje się półwysep Akrotiri i to właśnie tam mieliśmy bazę. Jak dla mnie lokacja była idealna – z dala od turystycznych promenad, niedaleko od lotniska, rzut beretem od Chani oraz duży wybór uroczych zatoczek i plaż. Nie brakowało też  dobrych knajpek i pysznego jedzenia. Praktycznie każda restauracja w której jedliśmy była strzałem w dziesiątkę. Wszędzie jedzenie było pyszne i świeże, porcje solidne, wino orzeźwiające i tanie a na zakończenie posiłku zawsze na stół wjeżdżał deser i mała buteleczka tsikoudii (zwanej też raki lub rakija). A tsikoudia moi drodzy to napój bogów jest, szczególnie jeśli jest porządnie zmrożona. Bimberek prosto z Olimpu.

Tak zatem płynął nam czas na tej słonecznej wyspie – na siedzeniu na plaży i piciu różnych lokalnych trunków. Czasem jeździliśmy do Chani pochodzić po sklepach albo wypić dobrą kawę. Chania to urocze miasteczko z portem jak z pocztówki. Warto jednak zejść z turystycznych szlaków i po prostu zgubić się pośród wąskich uliczek starego miasta. Tutaj można naleźć sklepiki z pięknych rękodziełem i lokalnymi produktami, hipsterskie kawiarnie, tawerny pod dachami z winorośli a także zapoznać się setkami miejscowych kotów.

Okazało się, że nawet w tak bardzo turystycznym miejscu można cały czas znaleźć ciekawe miejsca, lokalny koloryt i uciec od tłumów. Pewno nie jest to zbyt odkrywcze stwierdzenie, ale dla mnie jest ono ważne ponieważ pozwoliło mi pozbyć się pewnej blokady w głowie. Do tej pory odrzucałam wszelkie oferty jechania na wakacje na Majorkę, na kanary, czy do Grecji właśnie. Wydawało mi się, że nic ciekawego tam nie ma, a za podobne pieniądze mogę pojechać w bardziej egzotyczne okolice. Teraz już wiem, że wystarczy tylko trochę poszperać a wszędzie znajdziemy coś dla siebie. Kreta to przecież nie tylko hotele i grupowe wycieczki. To dzika przyroda, majestatyczne góry i granatowe fale rozbijające się o skaliste brzegi. To gościnni ludzie, grillowana ośmiornica i wino kupowane na kilogramy. Dawno nie miałam tak relaksujących wakacji.

Jeśli kogoś zachęciłam do odwiedzenia tej wyspy, to tutaj wrzucam listę miejsc które odwiedziliśmy i które polecam.

Hotel

Villa Alexander – tutaj się zatrzymaliśmy. Nic specjalnego, ot zwykłe apartamenty, ale wygodnie położone i bardzo czyste. Hotelik wydawał się być świeżo po remoncie, bo wszystkie sprzęty i meble były nowe. Nasz apartament był sporych rozmiarów, mieliśmy balkon, aneks kuchenny i łazienkę z prysznicem. Przemiłe panie sprzątały na pokój codziennie a co drugi dzień wymieniały ręczniki. W pokoju była klimatyzacja a okna miały moskitiery – to dość istotne bo cholery komary cięły wieczorami. Do dyspozycji gości jest też basen. Hotelik znajduje się przy bocznej uliczce, więc jest bardzo cicho oraz zawsze znajdziemy sporo miejsca do zaparkowania samochodu. Bonusem była też duża grupa kotów żyjąca na skrzyżowaniu. Codziennie wieczorem przybiegały na karmienie, a dwa nawet próbowały się nam wprowadzić do pokoju.

Knajpy

Taverna Irene – restauracja u Ireny. Irena to wiekowa pani zawsze ubrana na czarno. Osobiście przyjmuje zamówienia od wszystkich klientów. Jest to dość osobliwy rytuał zważywszy, że Irena nie mówi ani słowa po angielsku. Czasem więc dostaniesz, to co zamówiłeś, czasem to, co Irena uzna za lepsze, albo ma akurat ugotowane. Jedzenie jest jednak pyszne, świeżo przygotowane a porcje ogromne. Tawerna jest otwarta cały dzień, ale wieczorami bywa tłoczno i czasem trzeba czekać na stolik.

Sunset Taverna, Stavros – restauracja na plaży w Stavros. Podobno mają pyszne jedzenie, ale ja się wypowiedzieć nie mogę ponieważ konsumowałam tam tylko płyny – a wino mieli jedno z lepszych jakie piłam na Krecie. Stoły i krzesła ustawione są bezpośrednio na plaży, więc klimat jest idealnie wakacyjny. Słony wiatr targa włosy, bose stopy grzeją się na pisaku i można tak siedzieć godzinami.

Almyryki – kolejna restauracja w Stavros, ale od strony góry i zatoczki. Bardzo łatwą ją znaleźć bo mieści się w wiatraku, tzn. kuchnia jest w wiatraku a siedzie się na dworze. Ceny trochę wyższe niż w standardowej tawernie, ale też standard trochę lepszy. Mają na przykład piwa rzemieślnicze a dania są trochę bardziej wymyślne. Nie jest najgorzej, ale zdecydowanie można lepiej. Warto dla fajnej lokalizacji. No i pan kelner był bardzo miły.

Tersanas Taverna – trafiliśmy tutaj tylko dlatego, że plażowaliśmy właśnie w Tersanas. Mają ładny widok na zatoczkę, sympatyczna obsługę i poprawne jedzenie – kalmary były z patelni a nie z grilla… Specjalnie bym tutaj nie jechała, ale jeśli już jest się na tej plaży, to na pewno jest do dobra opcja obiadowa.

To Chani – restauracja wybrana zupełnie przypadkowo. Pierwszego dnia pojechaliśmy zobaczyć Chanie i spodobało nam się położenie tej knajpki – jest w wąskiej uliczce, naprzeciwko starej synagogi. Stoliki ustawione są w uliczce, a winorośl robi za zadaszenie. Jedzenie było pyszne, szczególnie dakos. Dakos? Co to dakos? To jest przepyszna lekka przekąska składająca się z żytniej bułki-suchara, sera feta lub mizithra oraz świeżych pomidorów. Pycha!

Rokos Kantina – kolejna kantyna w której jedliśmy tylko dlatego, że była zaraz obok plaży na której się rozbiliśmy. Poszliśmy tutaj na lunch składający się z greckiej sałatki i dakos. No i z  dużej karafki wina. Widok na piękną zatoczkę, a sama knajpka (a raczej budka z daszkiem na plaży) też jest urokliwa ze swoim słomianym dachem i błękitnymi meblami. Za rozrywkę robiła duża gęś goniąca kelnera i przeganiająca miejscowe koty. Bardzo agresywna gęś to była.

Zaharias Taverna – znajduje się w małej wioseczce Platanos w rejonie Kissamos. Zajechaliśmy tutaj na kolacje w drodze powrotnej z plaży Elafonissi. Kolorowe stoliki i krzesełka ustawione w cieniu winorośli wyglądają bardzo zapraszająco. Zachariasz, pan właściciel, to szarmancki poliglota – z każdym  klientem gawędził w jego ojczystym języku. Jedzenie było dobre, ale porcje jak na Kretę raczej skromne. Wieczorem restauracja zapełniła się do ostatniego stolika!

Ride Cycle Culture Cafe – kafejka dla mieszczuchów i hipsterów. Wyluzowane miejsce z rzemieślniczym piwem i dobrą kawą. Dla brodatych młodzieńców z laptopami i na trendy rowerach z ostrym kołem. Kawa, wi-fi i wygodna kanapa. Miejskie życie, tylko w zwolnionym tempie, jak to w Grecji.

Koukouvaya –  nigdy w życiu nie jadłam większego deseru! Dostałam całą miskę, ba wazę ciasta! To miejsce jest popularne ze względu na przepiękny widok na Chanię. Kawiarnia jest położna na wzniesieniu i z tarasu można podziwiać miasto, morze i kilka małych wysepek. Fajne miejsce na śniadanie – a o dobre śniadanie na Krecie trudno. Serwują omlety i słodkości. Porcje gigantyczne, ostrzegam!

Ginger Concept – trafiliśmy na to miejsce zupełnie przypadkiem. Z wąskiej i zacienionej uliczki nagle wyszliśmy na mały i zalany słońcem plac. Nie wiem czy nawet można nazwać to placem, raczej był to maleńki placyk. Stare budynki z krzywymi okiennicami, balustrady balkonów obrośnięte zielenią pokrytą różowymi kwiatkami. Kwiatki spadały na bruk i tworzyły piękny głęboko różowy dywan. W takich okolicznościach stało kilka stolików a z zewnątrz budynku sączyła się spokojna muzyka. W środku przywitał nas marokański wystrój w nowoczesnym wydaniu. Czarno-białe kafle, surowy beton, białe kosze, wielkie żyrandole z muszli, piór i kamieni. Szybki rzut okna na wystawione menu i zdecydowaliśmy się usiąść na drinka i lekką przekąskę. Dania są typowo hipsterskie, ale z ukłonem w stronę Włoch – awokado na toście, bruschetta z łososiem i szparagami, sałatki z kale, makarony i pizza na cieniutkim cieście. Miła odmiana od greckiej kuchni. Mnie to miejsce przyciągnęło głównie drinkami. Na Krecie pije się głównie wino i piwo. Wino jest pyszne, ale po kilku dniach chciało mi się czegoś innego, jakiegoś wakacyjnego Mojito lub Aperol Spritz. Tak nam to miejsce przypadło do gustu, że wróciliśmy tam po paru dniach na śniadanie i kolejną porcję drinków (Bellini i Bloody Mary są najlepsze rano!). Jedyne zastrzeżenie mam do obsługi, która była bardzo miła, ale trochę mało… efektywna. Na zamówienie czekaliśmy długo, na rachunek jeszcze dłużej.

Thalassino Ageri – ta restauracja to hit całego wyjazdu. Zakochałam się w tym miejscu na zabój. Restauracja mieści się w historycznej dzielnicy Halepa położonej trochę na uboczu od turystycznego portu i jego okolic. Trafia tutaj niewielu turystów, ale jest to właśnie jeden z uroków tej okolicy – nie ma tłoku. Halepa jest stara, trochę zmęczona, z odpadającym tynkiem i krzywymi chodnikami. Sama restauracja przycupnęła tuż nad brzegiem morza w spokojnej okolicy zwanej Tabakaria. W XVIII wieku znajdowały się tutaj garbarnie. Przemysł skórzany już dawno zniknął (działa tylko kilka), ale budynki nadal stoją. Niektóre puste, w innych nadal znajdują się wielkie machiny, a pozostałe zostały przerobione na lofty, pracownie i studia oraz na restauracje. Thalassino mieści się właśnie w takim starym magazynie. W środku nie wygląda okazale, ale siedzenia na zewnątrz to mistrzostwo świata. Stoliki wystawione są na kamienistej plaży, z której rozpościera się piękny widok na Chanię. Polecam przyjść wieczorem i podziwiać przepiękny zachód słońca! Tylko kilka stolików jest pod parasolami, pozostałe stoją pod gołym niebem a kilka kroków dalej morze łagodnie rozbija się o kamienie. Z czystym sumieniem mogę przyznać, że jest to jedno z piękniejszych miejsc w jakim zdarzyło mi się jeść kolację. A kolacja sama w sobie też była rewelacyjna. Thalassino Ageri to restauracja rybna, więc miłośnicy mięsa raczej szczęścia tutaj nie znajdą. Oprócz ryb i owoców morza jest dostępna cała gama greckich przysmaków – dipy, pieczywo, oliwki, warzywa. Niemniej to świeżutkie i świetnie przyrządzone dary morza są tutaj gwiazdą programu. Kalmary grillowane do perfekcji, wyśmienita ośmiornica, krewetki chrupkie i zarazem delikatne, grillowany dorsz z przyprawami – soczysty i aromatyczny. Jadłam w tym miejscu dwa razy pokaźne posiłki w dużej grupie osób i na stół ani razu nie wjechało nic niesmacznego. Nawet wino była wyśmienite a raki podana na końcu przyjemnie schłodzona.  Nawet teraz, gdy pisząc wracam wspomnieniami do tych posiłków, to czuję taką błogą satysfakcję i zadowolenie w sercu (i w brzuchu!). Promienie zachodzącego słońca na twarzy, szum morza, delikatna bryza muskająca włosy i odsłonięte ramiona, przyjemnie chłodne szklaneczki białego wina, jedzenie gorących krewetek palcami i wycieranie kromką chleba czosnkowego soku ze świeżo ugrilowanej ryby – to właśnie jest szczęcie.

Plaże

Stavros – to mała wioseczka na półwyspie Akrotiri. Znana jest z tego, że kręcono tutaj dużo scen do filmu Grek Zorba, na przykład ta scena. Są tutaj dwie plaże – jedna to spokojna zatoczka zaraz pod górą, druga dużo większa ale za to wietrzna i z dużymi falami. Ta większa plaża jest idealna do podziwiania zachodów słońca.

Seitan Limania -plaża dla odważnych. Krętą drogą jedziemy aż do małego kościółka, który wydaje się stać tuż na skalnym urwisku. Tutaj droga kieruje nas stromo w dół, konkretnie stromo. Nie jest to zjazd dla strachliwych bo momentami wydaje się, że wisimy tuż nad przepaścią. Najlepiej jechać wcześnie rano by uniknąć manewrowanie po tych zabójczych zakrętach wśród innych samochodów. Na dole jest kamienista równina, która robi za parking. To jednak nie koniec przygód bo plaża jest jeszcze niżej. Droga wygląda groźnie, ale nie jest tak źle. Chwila skakanie po skalistym, stromym zboczu i jesteśmy na u wrót szatana. A wrota są to spektakularne! Błękitna woda zamknięta w wąskim uścisku białych skał. Gdy my tam byliśmy były duże fale, które groźnie roztrzaskiwały się o ostre skały. Wyglądało to zjawiskowo, ale nie zachęcało do morskich kąpieli. Gdy morze jest spokojne można moczyć się w tym niebiańskim błękicie i skakać na bombę z skalnych półek. Plaża jest jednak maleńka i szybko zapełnia się ludźmi. Na pewno jest miejsce, które trzeba zobaczyć, ale niekoniecznie chciałabym spędzić tutaj cały dzień plażując. Na koniec jeszcze jedno słowo przestrogi – jeśli masz lęk wysokości lub niepewnie się czujesz chodząc po stromym i skalistym zboczu, to raczej podziwiaj plaże z bezpiecznego parkingu. Nie warto narażać bezpieczeństwa swojego i innych dla kilku fotek. Piszę to, ponieważ podczas gdy my schodziliśmy, to pewne para o mało nie spuściła kamiennej lawiny na nasze głowy. Ludzie ewidentnie nie byli wprawieni w takich klimatach, a do tego laska wydawała się sparaliżowana strachem. Szli niepewnie, prawie na czworaka, blokowali innych a na koniec zeszli z udeptanej ścieżki i spowodowali mini kamienną lawinę. Bardzo nieodpowiedzialne zachowanie.

Kalathas –  to dość duża piaszczysta plaża zaraz przy szosie prowadzącej z Chani na Akrotiri. Urocza zatoczka z mała wysepką po środku. Wejście do wody jest łagodne i bezpieczne. Na plaży można wynająć parasole oraz leżaki. Jest też bar i jedna tawerna. Ta szeroka plaża przyciąga rodziny z dziećmi i ludzi lubiących spędzać czas aktywnie. Można grać w piłkę, siatkówkę, puszczać latawce a także nurkować i podziwiać morskie żyjątka zamieszkujące podwodne skały. Bardzo przyjemne miejsce.

Tersanas – nie jest to najpiękniejsza plaża na półwyspie Akrotiri, ale nam bardzo przypadła do gustu. Urzekła mnie swoją kameralnością i spokojem. Tersanas to malutka zatoczka przy której przycupnęła jeszcze mniejsza wioseczka. Miejsce jest otoczone łagodnymi wzgórzami i dlatego prawie nie ma tutaj wiatru. Miłośnicy fal będą zawiedzeni bo woda jest tutaj spokojna i gładka jak w jeziorze. Na pewno nie zawsze tak jest, ale było za każdym razem jak my tą plażę odwiedziliśmy. Oczywiście są parasole, leżaki, przebieralnie i toaleta. Na samej plaży jest też bar i restauracja, ale mieści się w budzie z dykty i nie wygląda zachęcająco. Na szczęście jest tutaj też całkiem porządna tawerna gdzie można zjeść lunch i napić się zimnych trunków. Plaża Tersanas to idealne miejsce dla szukających ciszy i spokoju.

Marathi –  tutaj tak na prawdę są dwie plaże przedzielone groblą na której znajduje się przystań łódek i małych żaglówek. Można wynająć tutaj łódkę i popłynąć podziwiać pobliską wyspę i piękne skalne zatoczki (można trafić na nudystów). Przy plaży jest kilka całkiem przyjemnych tawern. Oczywiście znajdziemy tutaj także leżaki i parasole do wynajęcia. Jak na mój gust Marathi była trochę za bardzo zatłoczona, ale generalnie to ładne miejsce.

Elafonissi – to zaraz po Balos najsłynniejsza plaża Krety. Często zwana różową plażą od barwy piasku – ja jednak tego różowego jakoś nie mogłam się dopatrzeć. Z Chani jedzie się tutaj dość długo ponieważ droga wiedzie przez góry. Już trasa sama w sobie jest spektakularna, a gdy dojeżdżamy na miejsce to momentalnie zaczynamy rozumieć dlaczego tyle ludzie zadaje sobie trud aby tu przyjechać. Jest pięknie. Niskie wydmy przechodzą w piaszczystą równinę otoczoną z dwóch stron błękitną wodą. Na horyzoncie majaczą góry a krajobraz jest iście pustynny. Elafonissi to ogromny obszar i każdy znajdzie tutaj coś dla siebie. Jest płytkie bajorko dla dzieci, leżaki i bary dla leniwych, dzika plaża usiana skałami na której można opalać się na golasa oraz kilka ścieżek dla lubiących spacery. No pięknie, pięknie kurka. Najlepiej przyjechać tutaj rano i zostać cały dzień. Zjeść można w knajpach na plaży, ale my postanowiliśmy zatrzymać się tawernie w drodze powrotnej do Chani. A wracaliśmy droga wiodącą zboczami gór tuż przy morzu i widoki były wspaniałe, jedne z piękniejszych na Krecie. Podsumowując, Elafonissi to bardzo turystyczne miejsce, ale myśle że warte odwiedzenia.

Co kupić

Oczywiście w Chani znadziemy cała masę typowo turystycznych pamiątek. Od magnesów bo wielki repliki greckich waz i posągów. Prawdopodobnie większość jest produkowana w Chinach. Są jednak rzeczy, które na Krecie warto kupić – jedzenie. Lokalne wyroby takie jak oliwki, oliwa, miody, sery, herbaty czy mocne rakii. Oliwa z Krety jest pyszna i delikatniejsza w smaku niż np. włoska. Miody pachną tymiankiem i oregano. Sery są cudownie kremowe i również delikatne w smaku. Dla mnie jednak odkryciem jest kreteńska górska herbata. Sideritis jest mocno aromatyczna i najlepiej smakuje z łyżką miodu. Często sprzedawane są też mieszanki sideritis, diktamo i majeranku. Nawiozłam tego całe pęki i umilam sobie teraz długie zimowe wieczory zapachem kreteńskich wzgórz i słońca. Warto najpierw spróbować w lokalnej tawernie ponieważ zioła te mają dość intensywny smak i nie każdemu mogą smakować.

 

Wiele ludzi jeździ na Kretę wylegiwać się na plaży lub w hotelowych basenach. Ta wyspa ma jednak dużo więcej do zaoferowania i warto wyściubić nos ze swojego resortu i poznać prawdziwą Kretę. Najlepiej zrobić to wypożyczając małe autko i eksplorując wyspę na własną rękę. Drogi są dość dobre, ludzie nie jeżdżą szybko, jest bezpiecznie a mieszkańcy są przyjaźni.  Pogoda jest super nawet późną jesienią i wczesną wiosną, a przyjeżdżając poza sezonem załapiemy się na niższe ceny i całkiem znośną ilość ludzi. Podróżowanie to tak na prawdę stan umysłu i z odpowiednim nastawieniem nawet na obleganej przez turystów Krecie znajdziemy swój kawałek nieba.

KretaKretaKretaKretaKretaKretaKretaKreta

SaveSave

SaveSave

SaveSave

SaveSave

SaveSave

SaveSave

SaveSave

SaveSaveSaveSaveSaveSaveSaveSave

SaveSave

SaveSave

SaveSave

SaveSave

SaveSave

SaveSave

SaveSave

SaveSave