reklama na blogach

BLOGOSFERA, REKLAMOSFERA

Nie będę ukrywać, że miałam ostatnio mały blogowy kryzys – odechciało mi się.  Nie tylko odechciało mi się blogować, ale także przeglądać Instagram, zaglądać na Facebook i generalnie korzystać ze wszystkich mediów społecznościowych. Dlaczego? Problemem są reklamy. Za dużo reklam.

Teraz wszyscy coś sprzedają, polecają i reklamują. Na Instagramie co trzecie zdjęcie to post sponsorowany, nawet na Stories wyskakują reklamy. Pinterest zalany reklamami firan i skąpych sukienek. Podobno reklama ma być pasująca do twoich zainteresowań i gustu. Tylko podobno, bo ja nieustannie widzę te firany i skąpe sukienki – nigdy nie miałam firan i nigdy w życiu nie kupowałam skąpych sukienek.

Serwisy informacyjne i różne portale co jakiś czas wrzucają artykuły o tym, że to bardzo nieetycznie używać Adblocka. Przecież czytamy i oglądamy za darmo a oni muszą się z czegoś utrzymywać. Prawda. Tylko ilość i jakoś reklam, jaką dostajemy po oczach bez Adbloka jest tragiczna i nieakceptowalna. Na szczęście skończyły się czasy uciekających ramek bez widocznego krzyżyka do wyłączenia, ale nadal potrafi coś wyjechać na cała stronę i zacząć ryczeć jakaś muza czy inna gadka marketingowa. Automatycznie włączające się filmy stały się plagą. Nawet jak się przewinie stronę to dziadostwo zaczyna migać w rogu ekranu. Nie można nic przeczytać bez wyskakujących i migających przeszkadzajek. A wszystko cię śledzi i wystarczy, że raz popatrzysz na jakieś buty, to te szkaradne buciska będą ci wyskakiwać na każdej kolejnej odwiedzonej stronie.

Na to wszystko jest na szczęście rada. Nasze przeładowane bodźcami oczy i mózgi nauczyły się tego typu reklamy ignorować.  Po prostu ich nie rejestrują, nie zauważają. Zdarzyło się wam wejść na stronę, na której momentalnie wyjechała zakrywająca wszystko reklam, szybko ją zamknęliście i nawet nie wiecie co było reklamowane? Ja mam tak zawsze. Włączam film na YouTubie, czekam te obowiązkowe 4 sekundy, klikam skip i nawet nie wiem co mi tam pokazywali. Fachowo nazywa jest to ślepotą banerową. Nasze mózgi skanują stronę w poszukiwaniu informacji po którą przyszliśmy i automatycznie omijają i blokują wszystkie przeszkadzajki. Ślepota banerowa to nic innego jak mechanizm obronny przed natłokiem nieistotnych informacji.

Kiedy w 1994 roku firma AT&T umieściła pierwszy baner reklamowy w Internecie kliknęło w niego aż 44% odbiorców. Teraz ten wskaźnik nie przekracza 1%! Jest 279 razy bardziej prawdopodobne, że wejdziemy na Mout Everest niż że klikniemy w baner reklamowy! Dlaczego  firmy nadal decydują się na tego typu reklamy jest trudne do zrozumienia. Ba, zostało nawet udowodnione, że najbardziej irytujące i nachalne reklamy wręcz zniechęcają klientów! Całe szczęście nasz mózg potrafi się skutecznie przez reklamozą obronić. Mnie już te posty sponsorowane w mediach społecznościowych nie denerwują. Po prostu ich nie widzę.

Dużo gorszę, dużo bardziej denerwujące są reklamy, które udają, że reklamami nie są. To tak zwany content marketing a głównymi jego narzędziem są blogerzy. Content marketing to tworzenie wartościowych treści, które odpowiadają naszym odbiorcom, a jednocześnie reklamują produkt czy usługę. Przykłada? Najlepiej robi to Gonciarz na YouTubie. Jego najbardziej popularne filmik to te z serii Sztuka Składania Historii, zrealizowane we współpracy z firmą Intel. Odbiorca dostaje ciekawą treści, która tak naprawdę nie jest reklamą w tradycyjnym znaczeniu. Nie ma tutaj ani słowa o firmie, o jej usługach czy produktach. Jest natomiast ciekawy, dobrze zrobiony filmik i pewien przekaz, który uczy oraz motywuje. Chodzi tutaj o pozytywny wizerunek firmy, bo teraz Intel będzie nam się kojarzył z fajnym, wartościowym i wizualnie pięknym filmem.

Tego typu reklama jest jednak rzadkością w polskiej blogosferze. Większość blogerów klepie posty sponsorowane od linijki i najczęściej wszyscy o tym samym. Zastanawialiście się, dlaczego nagle wszyscy na Instagramie zaczynają czytać tę samą książkę albo myć się mydłem od jednej firmy? Nie zrozumcie mnie jednak źle – nie ma nic złego w content marketingu, reklamach i w zarabianiu na blogach i blogowaniu. Ba, sama bym chciała mieć z tego kasę!  Gdy jednak dostajemy wpis sponsorowany za wpisem sponsorowanym, setki zdjęć z oznaczonymi produktami to trochę staje się to niesmaczne. Bo nie same reklamy są problemem, ale ich ogromna, przeogromna ilość.

Tomasz Bonek, redaktor naczelny i prezes zarządu Interaktywnie.com: “[…] nie mogę już patrzeć na facebookowe fanpage ociekające postami produktowymi. A to logo promowanej marki pojawia się na każdym zdjęciu, a to reklamowany produkt przyklejony jest do każdej klatki prezentowanego tam wideo. Nachalność promocyjna przekazu to zmora nieumiejętnie prowadzonych działań marketingowych w mediach społecznościowych, na blogach czy w portalach. […] Internet pełen jest reklamowej przaśności, artykułów sponsorowanych, nieobiektywnych poradników, wideo krzyczących kup, postów mieniących się brandingiem.[…] Problem w tym, że internauci uczą się szybciej niż marketerzy i nachalne epatowanie produktem coraz częściej przynosi odwrotne od zamierzonych efekty – zniechęca, zamiast zachęcać.”

Chyba wszyscy znamy bardzo popularne profile na Instagramie, które dosłownie są słupami reklamowymi – każde zdjęcie mam dziesięć otagowanych marek a każde wideo jest z rozpakowywania kolejnej paczki. Wpisy na blogu pojawiają się tylko po to, żeby pokazać nową rzecz x i napisać jaka ona jest super i jak bardzo teraz możesz mieć swoją ze specjalnie przygotowaną zniżką.

Czytelnicy szukają u blogerów autentyczności i wierzą, że polecają tylko produkty, których sami używają i które uważają za dobre lub pasujące do ich stylu i filozofii życia. Jeśli ktoś zachwala minimalizm, a potem każdym zdjęciem i wpisem reklamuje kolejne nowe produkty, to chyba mało jest w tym autentyczności? Jeśli blogerka pisząca o kosmetykach każdym nowym wpisem zachwala coraz to nowe specyfiki, to zaczynam poddawać w wątpliwość, czy ona faktycznie to wszystko wypróbowała, czy po prostu jest to zwykła reklama. Ile kremów można nałożyć sobie na twarz w ciągu miesiąca?? Ile można mieć toreb? Czym taki blog różni się od reklam w kolorowych magazynach?

Dużym grzechem blogerów jest także pokazywanie przysłowiowego mydła i powidła – skórzane torebki, herbatki, środki do prania, osiedla mieszkaniowe, diety pudełkowe, robo-odkurzacz, szminki, regały na książki, filtry do wody… Czuję się jakbym przeglądała gazetkę reklamową z Lidla! Rozpasany content marketing jest tak samo denerwujący jak migający baner i tak samo włącza się nam przed nim mechanizm obronny. Po prostu przestajemy takie blogi i profile na Instagramie oglądać. Przynajmniej ja przestaję. Jest tyle wartościowych blogów, po co tracić czas na te zasypane reklamami.

Dajcie znać w komentarzach jakie jest wasze zdanie na ten temat, jestem niezmiernie ciekawa!

reklamy na blogach

SaveSave

  • Strzałkowska

    “Czuję się jakbym przeglądała gazetkę reklamową z Lidla”- chyba najlepiej oddaje to co sie dzieje dzisiaj w blogosferze i na ig:/ najgorsze są samozwańczy mininaliści będący jednocześnie banerem reklamowym… Później człowiek szuka opinii o konretntm produkcie i nie wiadomo komu ufać:/ może jakiś post z polecanymi blogami/profilami na ig? Ja ostatnio pozbyłam się wszystkich ze zdjeciami głównie “kwiatów i filiżanek kaw na stolikach, tylko w różnych ujęciach”, więc przydałoby się odświeżenie;)