MINIMALIZM W SZAFIE: UNIFORM

Kupujemy za dużo – słyszymy ciągle w mediach, czytamy w gazetach, czasopismach, na blogach. Piękne panie z internetów radzą nam jak ogarnąć chaos w szafach, jak zdefiniować swój styl i jak zaprojektować swoja idealną capsule waredrobe. Wszystkie te rady są bardzo cenne i naprawdę bardzo fajnie, że wreszcie zaczynamy być rozważnymi konsumentami. Jednak przeglądając te kolejne zestwienia 10 ubrań w 10 dni, 33 ubrań w 3 miesiące czy coś tam, naszła mnie taka myśl – najprostszym sposobem na zminimalizowanie swojej garderoby, znalezienia swojego tylu i ograniczenia kupowania jest przecież noszenie takich samych ubrań, a także tych samych ubrań.

Prawie wszystkie ‘szafiarskie’ poradniki zakładają, że codziennie mamy założyć inną części garderoby. Sweter w poniedziałek, koszula we wtorek, sukienka w środę, marynarka w piątek. Dżinsy niebieskie w poniedziałek, spodnie czarne na kant w środę, dresy w sobotę. Do tego miksowanie – te spodnie z tamtą bluzką, a następnego dnia te same spodnie z inną bluzką. Ból głowy, prawda?
Stworzenie capsule wardrobe to nie lada zadanie. Napisano na ten temat setki artykułów, stworzone praktyczne listy i wykresy. Nie wspominając juz o gotowych zestawach z nazwami sklepów i cenami. Oczywiście inny zestaw na każdą porę roku. Do tego jeszcze trzeba dobrać dodatki i akcesoria – nie za dużo, ale kobieta przecież jakieś ozdobniki musi przywdziać.

Widzicie do czego to zmierza? Minimalizm stał się po prostu modą i tak projektujemy nasze stroje i zawartość szaf, aby odpowiadały regułom tej mody. W rezultacie nie następuje to uproszczenie życia, którego szuka minimalizm. Nadal mamy problem z ciuchami, tylko jest on teraz w modnym, minimalistycznym stylu. Oszukujemy się tylko, że nasze życie staje się lepsze i bardziej wartościowe, a tak naprawdę zmieniają się tylko dekoracje. Problemy pozostają te same – rozbuchany konsumpcjonizm wraz z całym swym destrukcyjnym bagażem.

Dlaczego musimy codziennie ubrać się w coś innego? Dlaczego krytykuje się ludzi, którzy chodzą w tym samym przez większość czasu. Dlaczego kobiety muszą na każde wyjście wdziać inną kreację?
Nie chcę zajmować się tutaj kwestami higieny – oczywistym jest, że mówimy o ubraniach czystych i upranych. Nie będę przecież przekonywać nikogo, żeby chodził w jednej, zapoconej koszulce przez cały tydzień. Chodzi mi raczej to, że można mieć kilka takich samych rzeczy w swojej szafie. Że można mieć tylko czarne dżinsy, tylko białe koszule, tylko czarne swetry. Najlepiej po dwie, trzy sztuki, więcej to już przesada – w jednej chodzimy podczas gdy druga jest w praniu, a trzecia jest z rozsądku. Można skonstruować swój własny uniform i przestać tracić czas na porządki w szafie i poranne ogarnianie ubraniowego chaosu.

To próżność i pogoń za modą każe nam zakładać codziennie inne ciuchy, każe nam kupować nową kieckę na każde wyjście. Wiem, bo sama też tak przed prawie całe życie funkcjonowałam. Dopiero niedawno przestałam się tym zupełnie przejmować. Tzn, przejmować się tym, co powiedzą inni i tym, że może dla kogoś to wyglądać jakbym biedowała i nie miała na nowe spodnie. Nie doszłam jeszcze do takiego stanu ubraniowej nirwany jak np. Mark Zuckerberg czy Stephen Jobs – mam trochę więcej niż jeden rodzaj ciucha. Mam jednak bardzo jednolitą garderobę i przyznam, że stało się to trochę podświadomie. Po prostu w pewnym momencie zorientowałam się, że kupuję bardzo podobne do siebie rzeczy. Czarne swetry z wełny, czarne albo białe luźne koszule, czarne mokasyny na płaskiej podeszwie i tak dalej i tak dalej. Potem przestałam kupować, bo po co mi kolejna para identycznych spodni czy kolejny czarny sweter? I tak ciągle noszę te same spodnie i ten sam sweter, a reszta tylko zalega w szafie.

Jesień i zima to doskonałe pory na testowanie tego patentu. Powód jest bardzo pragmatyczny, mianowicie zwykle wtedy ubieramy się ‘na cebulkę. Koszulkę a na to sweter, bluzę albo koszulę. I wiecie co? Koszulkę można spokojnie zmieniać codziennie bo, wiadomo, higiena. Jednak sweter można już nosić całkiem długo. Zresztą wełna nie lubi częstego prania i znacznie lepiej robi jej wietrzenie. Serio, nie wymyślam tego. Wełniane spodnie czy dżinsy się nie gniotą, a także zimą się mniej pocimy. Płaszcz to już zupełnie nadaje się do codziennego noszenia – ile razy na sezon zanosicie do czyszczenia? Raz? Dwa? Więcej pewno nie. A po co komu więcej niż jeden płaszcz? Wystarczy mieć jeden, uniwersalny i pasujący do wszystkiego. Do tego jedną kurtkę i wierzchnia garderoba gotowa.

Jeśli wybieramy ubrania dobrej jakości i o klasycznych krojach, to zwykle nasze otoczenie nawet się nie zorientuje, że ciągle chodzimy w tym samym. Prawdopodobnie efekt będzie odwrotny -znajomi zaczną myśleć, że mamy fajny styl. Nasz uniform stanie się ikoną i będzie naszym znakiem rozpoznawczym.

Konkluzja? Zamiast czytać elaboraty na temat tworzenia capsule wardrobe,  minimalizowania swojej kolekcji ubrań przy pomocy metody 6, 25, 12303 kroków, czy tworzeniu zestawów na każdy dzień, lepiej po prostu zrozumieć, że nie ma nic złego w chodzeniu w jednym i tym samym ubraniu.

collage_fotor1collage_fotor4