Month: November 2016

IKONY WZORNICTWA: KRZESŁO WISHBONE

Do mebli podchodzimy czysto użytkowo – kanapa ma być wygodna, stół ma pomieścić całą rodzinę, a krzesło jest do siedzenia. Oczywiście mebel musi się nam także podobać, jednak od oceny jego wyglądu nie zaprzęgamy żadnej wiedzy o kulturze i sztuce. Albo się nam podoba i wtedy mebel jest ładny, albo nam się nie podoba i wtedy myślimy ‘ale brzydki ten mebel’. Często nawet nie wiemy, że wygląd otaczających nas sprzętów domowych jest wynikiem skomplikowanych procesów historyczno-kulturowych.Weźmy na przykład takie krzesło – rama zrobiona z powyginanego drewna, siedzisko uplecione ze sznurka. Ten kształt pojawia się w naszych domach, biurach i restauracjach już od lat 50’. Sadzamy na nim nasze szanowne zadki już 60 lat, ale na pewno niewiele osób wie, że tego typu krzesła powstały w XIV wieku. Siadano na nich w średniowiecznych Chinach, podczas panowania dynastii Ming. Lata mijały, dynastia Ming odeszła w niepamięć, a do Chin zawitali europejczycy. Zachwyceni egzotyczną kulturą zaczęli zwozić co popadło na stary kontynent. Meble przywiezione z odległej Azji stały się symbolem statusu arystokracji, a poźniej także nowej klasy społecznej – kupców. To właśnie na …

KOCHANY MIKOŁAJU…

Jeszcze trzy dni i będziemy mieli grudzień. Wszędzie widzę już choinki i świąteczne dekoracje. Wszyscy robią jakieś kalendarze, kręcą wianki i piszą listy do Mikołaja. Mnie jakoś to zupełnie nie obchodzi i zamiast cieszyć się tą świąteczną atmosferą, wzdycham do długich dni, do słońca i do beztroskich wakacji. Och, jak bardzo bym chciała móc co roku pod koniec listopada wyjeżdżać z Europy w jakieś cieplejsze zakątki świata… Jak bardzo bym chciała móc uciec i nie musieć patrzeć na te zakupowe szaleństwa i świąteczne dekoracje. W tym roku jest mi jakoś wyjątkowo ciężko i nie mogę od kilku tygodni znaleźć spokoju. Coś mnie męczy, coś doskwiera, coś uwiera i powoduje smutki i denerwującą melancholię. Czuję się jakby życie było gdzieś obok, a ja, zamknięta w szklanej klatce, mogę się mu tylko przyglądać.  Może po prostu brakuje mi słońca? Czytałam kiedyś, że w krajach gdzie długo jest ciemno, ludzie częściej cierpią na depresje i by temu zapobiec zaleca mi się doświetlania i inne medyczne hokus-pokus. Może powinnam iść na solarium? No ale przecież rak i zło. Dramat, po prostu …

KINFOLK W KOPENHADZE

Nowa siedziba magazynu Kinfolk w Kopenhadze została zaprojektowana przez duńskie studio Norm Architects. Efektem jest bardzo ‘kinfolkowe’ wnętrze, czyli idealny mariaż estetyki skandynawskiej i japońskiej. Surowe tynki na ścianach to przykład japońskiego wabi-sabi, czyli odnajdywania piękna w rzeczach niedoskonałych. Kolejnym odwołaniem do kraju kwitnącej wiśni jest duża wnęka do siedzenia – tokonoma. W tradycyjnej japońskiej architekturze nic nie może zaburzyć harmonii i ciągłości mat tatami, którymi wyłożone jest pomieszczenie i dlatego wszelkie dodatkowe przestrzenie są wykuszami, czy alkowami. Minimalistyczna forma i przygaszona kolorystyka to znaki rozpoznawcze Kinfolk. Wnętrze jest przytulne i bardziej niż tradycyjne miejsce pracy, przypomina raczej pokój dzienny gdzie spędzamy czas z rodziną i przyjaciółmi. Atmosfera jest bardziej intymna i luźniejsza. Trzeba przyznać, że to wnętrze idealnie oddaje filozofię slow living, która jest filarem Kinfolk. Przebywanie tutaj ma być przyjemnością. Wiadomo przecież, że człowiek w przyjaznym i pięknym otoczeniu czuje się lepiej, jest bardziej kreatywny oraz wydajniej pracuje. Jakże to inne od typowego biura z przypadkowymi meblami, metalowymi szafami na dokumenty i z zimnym światłem jarzeniówek! Photos from Dezeen >/div>

SZARA TAPETA I SUROWE ŚCIANY, CZYLI OPOWIEŚCI REMONTOWE

Pomału ale konsekwentnie realizuje plan pozbycia się wszelkich wzorów z mojego domu. Wzorzyste zasłony, pościel i poduszki już dawno znalazły nowy dom, teraz przyszedł czas na poważniejsze tematy: tapety.Dziś pokaże wam kolejny etap ewolucji mojego domowego biura/dodatkowej sypialni. To pomieszczenie tak na prawdę ma wiele funkcji: tutaj śpią goście, tutaj trzymam książki, tutaj jest moje biurko, tutaj stoi suszarka na pranie, rozkładam się czasem z deską do prasowania, to tutaj lądują wszelkie graty i szpargały. Taki pokój do wszystkiego. Chyba dlatego nie przywiązywałam zbytnio uwagi do jego wyglądu. Remont polegał tylko na zerwaniu wykładziny, pomalowaniu desek podłogowych na biało i położeniu najtańszej tapety. Ściany są tutaj bardzo nierówne i dlatego zdecydowałam się na tapetę w drobne kwiatki – wydawało mi się, że wzór zamaskuje nierówności ścian. Efekt końcowy nie był zły i często odwiedzający nas ludzie zachwycali się tą tapetą. Można ja zobaczyć tutaj. Ja jednak nigdy nie byłam zadowolona z tego pomieszczenia. Nie lubiłam tutaj przebywać i prawie nigdy nie pracowałam przy znajdującym się tutaj biurku. Denerwowały mnie te słodkie kwiatuszki i przypadkowy zestaw …

MINIMALIZM W SZAFIE: UNIFORM

Kupujemy za dużo – słyszymy ciągle w mediach, czytamy w gazetach, czasopismach, na blogach. Piękne panie z internetów radzą nam jak ogarnąć chaos w szafach, jak zdefiniować swój styl i jak zaprojektować swoja idealną capsule waredrobe. Wszystkie te rady są bardzo cenne i naprawdę bardzo fajnie, że wreszcie zaczynamy być rozważnymi konsumentami. Jednak przeglądając te kolejne zestwienia 10 ubrań w 10 dni, 33 ubrań w 3 miesiące czy coś tam, naszła mnie taka myśl – najprostszym sposobem na zminimalizowanie swojej garderoby, znalezienia swojego tylu i ograniczenia kupowania jest przecież noszenie takich samych ubrań, a także tych samych ubrań. Prawie wszystkie ‘szafiarskie’ poradniki zakładają, że codziennie mamy założyć inną części garderoby. Sweter w poniedziałek, koszula we wtorek, sukienka w środę, marynarka w piątek. Dżinsy niebieskie w poniedziałek, spodnie czarne na kant w środę, dresy w sobotę. Do tego miksowanie – te spodnie z tamtą bluzką, a następnego dnia te same spodnie z inną bluzką. Ból głowy, prawda? Stworzenie capsule wardrobe to nie lada zadanie. Napisano na ten temat setki artykułów, stworzone praktyczne listy i wykresy. Nie wspominając …

AP COBOGÓ: BRAZYLIJSKI INDUSTRIAL

Ap Cobogó to apartament w São Paulo zaprojektowany przez Alana Chu. Cobogó to ażurowa cegła wykonana z betonu, ceramiki, metalu lub szkła. Najbardziej popularna ze względu na niską cenę jest wersja z betonu. Nazwa pochodzi od pierwszych liter w nazwiskach trzech inżynierów, którzy we wczesnych latach XX wieku opracowali ten produkt: Amadeu Oliveira Coimbra, Ernesta Boeckmanna i Antonio Goisa. Te ażurowe bloczki zostały spopularyzowane przez modernistów, którzy stosowali je hojnie w swoich projektach. Ażurowe ściany idealnie sprawdzają się w gorącym i wilgotnym klimacie Brazil i do dzisiejszego dnia są stosowane przy budowach budynków mieszkalnych jak i przemysłowych. Cegły cobogó zwykle tworzą ogrodzenia lub zewnętrze ściany budynków, jednak Alan Chu wykorzystał je do konstrukcji ścianek działowych w swoim mieszkaniu, a także jako element dekoracyjny – z cobogó zrobione są stoliki. Zreszta elementy konstrukcyjno-industrialne przewijają się tutaj we wszystkich pomieszczeniach i sprzętach. Meble kuchenne zrobione są z surowych metalowych prętów, sklejki i betonu. W salonie i sypialni usunięto tynki by pokazać oryginalną cegłę, którą następnie pomalowano na biało. Kolorystyka została ograniczone do odcieni bieli i ciepłych brązów. Użycie naturalnych materiałów, niewymuszonych oraz tanich rozwiązań nadaje …

24 GODZINY W HONG KONGU

Do Hong Kongu trafiłam przypadkiem, dzięki pokrętnej logice cenowej linii lotniczych. Okazało się, że najtańszy i najszybszy sposób dotarcia z Phnom Penh do Londynu jest właśnie przez Hong Kong. Zamiast więc siedzieć kilka godzin na lotnisku postanowiłam przełożyć lot do domu na kolejny dzień i spędzić 24 godziny zwiedzając miasto.Miałam ambitne plany zobaczenia jak najwięcej w tak krótkim czasie. Przerzuciłam internet, kupiłam przewodnik i zarezerwowałam hotel na lotnisku by nie tracić czasu na dojazdy – logistyczna perfekcja. Życie jednak jak zawsze miało swój pomysł i zamiast być wzorowo zorganizowaną grupą turystyczną, sprawnie odhaczającą kolejne punkty programu wycieczki, byliśmy spoconą i niewyspaną dwuosobową bandą snującą się bez ładu i skład ulicami i co chwile przysiadaliśmy na kawie albo jedzeniu. Po prostu po intensywnych dwóch tygodniach w Kambodży nie mieliśmy już ochoty na zwiedzanie. Z perspektywy czasu myślę nawet, że nasza dwuosobowa grupa to generalnie nie lubi zwiedzać. Jesteśmy raczej natural born slow travellers. Przemierzamy świat nieśpiesznie, z dala od turystycznych szlaków i zupełnie po swojemu. Dlatego też mój plan systematycznego podboju Hong Kongu w jeden dzień nigdy …