ABORCJA

Aborcja to temat, który elektryzuje chyba wszystkich. Jednak nie o aborcji chcę dziś pisać. Ta obecnie tocząca się debata w Polsce skłoniła mnie do refleksji na temat sposobu prowadzenia dyskursu oraz o relacjach między ludźmi w Polsce.Mieszkanie za granicami ojczystego kraju po pewnym czasie sprawia, że zaczynasz nabierać dystansu do rzeczy, które kiedyś były dla ciebie zupełnie normalne. Ba, nawet nigdy się nad nimi nie zastanawiałeś, nawet nie wiedziałeś że można się nad nimi zastanawiać. Ten dystans może być błogosławieństwiem, ponieważ np. pomaga wyzwolić ze schematów czy sposobów myślenia które nie przynosił nam szczęścia i nas ograniczały. Może jednak być też przekleństwem, bo wywraca uporządkowany świat do góry nogami i trzeba sobie na nowo wszystko zdefiniować i poukładać, a to już nie każdemu się udaje i nie każdy potrafi.

Dla mnie ten dystans okazał się błogosławieństwem, a teraz pozwala mi patrzeć na odbywającą się debatę o aborcji z, jak na mnie, dość dużą dozą spokoju. Mieszkam w kraju, gdzie aborcja jest legalna już od lat i debata ‘za czy przeciw’ praktycznie nie istnieje. Tutaj to nie jest problem, tak samo jak związki homoseksualne czy adoptowanie dzieci przez takie pary. Po prostu nie są to ciekawe tematy i raczej nikt się nimi nie gorączkuje. Dlaczego tak jest? Ponieważ prywatne życie innych ludzi nikogo nie interesuje i nikt nie ma czasu ani ochoty się tym zajmować. Tak długo jak nie dzieje się nikomu krzywda, twoje życie jest wyłącznie twoją sprawą.

W Polsce natomiast wszyscy się interesują życiem innych. Nie ma w tym nic nagannego, a nawet może jest to podejście lepsze – na przykład wiemy kim są i co robią nasi sąsiedzi, a to na pewno podnosi poziom bezpieczeństwa. Często szybciej pomaga to wykryć i ukrócić jakiś naganny proceder, np. przemoc domową. Interesowaniem się swoim otoczeniem nie jest jeszcze niczym zdrożnym i nie w tym tkwi problem.

Problemem jest fakt, że interesujemy się życiem innych ludzi po to, by ich skrytykować a następnie zaprezentować nasz, lepszy sposób na życie.

Idzie kobieta z dzieckiem to zaraz jakaś inna się wtrąci, że zła matka bo dziecko bez czapeczki a jest październik. Napiszesz, że zmieniasz ręczniki raz na dwa tygodnie, to zaraz powiedzą że zgroza i narażasz się na niebezpieczne zarazki czy inne bakterie. Powiesz, że kupiłeś BMW, to usłyszysz że przepłaciłeś i generalnie szmelc bo japończyki są najlepsze. Zabielasz pomidorową? Źle bo się nie zabiela. Masz białą podłogę w domu? Masakra na pewno na mopie musisz ciągle jeździć. Źle to robisz, to trzeba było tak, tego się tak nie robi, powinnaś zrobić to tak… Wszyscy są ekspertami we wszystkim i na przy każdej okazji będą to udowadniać.

To jest właśnie ten problem z dyskursem i relacjami o którym wspominałam wyżej. I jest to problem, który można zauważyć dopiero gdy się z tego dyskursu wydostanie. Uczestnikom bowiem ten sposób prowadzenia rozmów zupełnie nie przeszkadza. Tak wszyscy ze sobą rozmawiamy – cały czas dajemy rady. Ciągle udowadniamy komuś jak bardzo jest w błędzie i że czegoś tam nie wie. Po opowiedzeniu w Polsce zwykłej historii o tym jak to zapomniałam biletu miesięcznego i musiałam kupić i potem starać się o zwrot, usłyszę że źle zrobiłam, po co kupiłam ten bilet bo przecież nie musiałam, bo mam prawo, źle zrobiłam bo trzeba było się kłócić, nie dać sobie w kasze dmuchać, bo kanar nie może i nie ma prawa i że skandal i że on, człowiek słuchający tej historii, by na pewno sobie na takie traktowanie nie pozwolił bo przecież Prawda jest po jego stronie. Moim znajomi w Londynie po usłyszeniu tej samej historii pokiwają głowami, pośmieją się, posympatyzują ze mną i opowiedzą jakąś podobna anegdotę w ramach przyjacielskiej rozmowy. I wydaje mi się, że na tym właśnie polega rozmowa i zdrowe kontakty międzyludzkie. Nie jest bowiem tak, że opowiadam tą historię ponieważ potrzebuje porady czy pomocy. Nie interesuje mnie co ty byś w danej sytuacji zrobił. Nawet jeśli można było to rozegrać lepiej, to nie potrzebuję tego od ciebie usłyszeć. Nie dawaj mi rad, gdy o nie nie proszę.  W Polsce wszyscy są ‘wujek dobra rada’.

W sytuacjach koleżeńskich nie stanowi to aż tak dużego problemu, ale w większej skali staje się już bardzo niebezpieczne. To przekonanie o posiadaniu jedynej słusznej prawdy daje nam, w naszym mniemaniu, przyzwolenie na narzucanie tejże innym osobom. Bo skoro słuszna, to wszyscy powinni ją wyznawać, prawda? Ja bym tak nie zrobił, więc ty też nie możesz i basta bo jam jest Prawda i tylko moja jest Prawda.

A to wcale przecież nie jest żadna Prawda, tylko system przekonań i światopogląd ukształtowany przez twoje naturalne predyspozycje i środowisko, w którym przyszło ci żyć. Nie jest zatem możliwe aby wszyscy mieli taki sam światopogląd. Czy nie można tego po prostu zaakceptować i przestać probować zmienić wszystkich na swoje podobieństwo? Wydaje mi się, że pierwszym krokiem do akceptowania inności powinno być zrozumienie iż kontakty międzyludzkie nie polegają na ustawicznym dawaniu rad. Powinniśmy przestać skupiać się na życiu innych, a konkretniej, na naprawianiu życia innych. Po pierwsze ono wcale nie wymaga naprawy ponieważ nie jest zepsute tylko inne. Po drugie, bądźmy po postu przyzwoici. Anglicy nie są dwulicowi czy nieszczerzy, jak często się słyszy od żyjących tutaj Polaków. Oni po prostu pewnych rzeczy nie mówią na głos bo wiedzą, że nie przyniesie to żadnych pozytywnych rezultatów a także nic nie zmieni. Trzymaj swoje poglądy dla bliskich i przyjaciół, a dla współobywateli bądź po prostu miły i daj im żyć w spokoju.

A photo by Aga Putra. unsplash.com/photos/7MBgGXQ2Rqg