minimal styl daniel wellington and COS

MINIMALIZM: RZECZY, KTÓRYCH NIE KUPUJĘ

Na początku byli mama i tata. To oni kupowali dla mnie wszystko co uznali za potrzebne. Było mi z tym dobrze, a raczej wszystko mi było jedno, bo przecież dziecięciem będąc miałam inne sprawy na głowie niż kolor rajstopek czy kurtki.

Potem nadeszła nastoletniość górna i durna a wraz z nią utrata zakupowej niewinności.  Sklep z miejsca ziejącego nuda stal się jaskinią pożądania. Wszystko w nim takie piękne, ale zarazem tak bardzo niedostępne. Mama i tata z kochających rodziców przeistoczyli się w piekielnych strażników bram do szczęścia, czytaj pieniędzy. Każda sklepowa zdobycz musiała zostać wystękana i wyjęczana u owych piekielników, a nieustępliwi oni zwykle byli w swoim uporze.  Często pomoc przychodziła pod postacią Babci,  jednak z biegiem czasu moje młodzieńcze apatyty rosły a koperty ratunkowe otrzymywane od  Babci pozostawały tej samej grubości.

Kolejnym etapem w ewolucji mojego konsumenckiego ja był czas młodej dorosłości, czyli koniec liceum i studia. Portfel mamy i taty oraz koperty ratunkowe od babci nadal pozostawały moim głównym źrodłem utrzymania, jednak moje zakupowe priorytety przeniosły się do innej krainy – do krainy alkoholem płynącej i słodkim dymem pachnącej. Wymagane tutaj było posiadanie glejtu umożliwiającego wstęp do lokali usługowo-gastronomicznych otwartych tylko i wyłącznie po zmroku. Tutaj człowiek liczył monety wyciągnięte z przepastnych kieszeni spodni typu bojówki i kalkulował jaki napój ma najskuteczniejsze właściwości wyskokowe w stosunku do ceny. Do szczęścia było potrzebne jeszcze dobre towarzystwo. Nic więcej się nie liczyło.

Studia się skończyły i człowiek z dyplomem w ręku stanął twarzą w twarz z okrutnym światem. Najpierw trochę się biedowało ale znalezienie pierwsze pracy sprawiło, że po raz pierwszy w życiu na moje konto zaczęły wpływać moje własne pieniądze. Już nie wyżebrane u mamy i taty, czy dostarczonej w kopercie od babci. Oj już nie. Moje, uczciwie wypracowane. No i się zaczęło. Buty, telefony, perfumy, ubrania… wciągałam wszystko jak leciało. Na co akurat miałam ochotę. Nie wiem czy wszyscy tak mają, ale ja byłam zachwycona możliwością bezkarnego wydawanie pieniędzy. Nikt mi nie wyliczał, nie patrzył na ręce i wreszcie mogłam nabyć wszystko, o czym marzyłam przez lata. Choć przyznam, że w moim przypadku zawsze więcej przeznaczałam na wyjazdy i wyjścia niż na materialne rzeczy. Mimo wszystko kult kupowania trzymał się mocno.

Lata mijały a ja pomału zaczynałam sobie zdawać sprawę, jak bardzo głupie jest to zachowanie. Rzeczy przestały mnie cieszyć. Kupowanie nie było już ekscytujące, a nawet stało się udręką. Zaczęłam myśleć na ten temat i doszłam do wniosku, że trzeba żyć z mniej. Przedmioty szczęścia nie dają, kupując tylko nakręcam spiralę potrzeb i zawsze chcę więcej. A skoro zawsze chcę więcej, to znaczy że nie jestem zadowolona z tego co mam. Po prostu nie jestem szczęśliwa. Rozwiązaniem wydało mi się robienie wszystkiego odwrotnie – skoro kupowałam, to teraz już kupować nie będę. Skoro to mi szczęścia nie daje, to muszę się pozbyć potrzeby kupowania i nadmiaru rzeczy, by móc skupić się na czymś innym, na czymś bardziej istotnym niż tylko zdobycze materialne. Potem dowiedziałam się, że nie ja pierwsza na to wpadałam i że jest całkiem duża grupa ludzi myślących w ten sposób. Nazywają ich minimaliści, czy jakoś tak.

Nie wiem czy mogłabym zaliczyć siebie do tego zacnego grona, ale na pewno zaczęłam kupować mniej. Niektóre rzeczy przestałam kupować zupełnie. I to takie, bez których życie wydawało mi się początkowo niemożliwie. Albo takie, które wcześniej kupować nawet lubiłam, takie kobiece zbytki.

Gazety i czasopisma

Czytam nadal, nawet całkiem sporo. Wszystko jednak elektronicznie. Od czasu do czasu kupię jakiś modny magazyn w stylu Kinfolk albo Cereal. Robię to jednak tylko wtedy, gdy coś mnie w danym numerze zainteresuje.

Płyty

Ostatni raz płytę z muzyką kupiłam będąc jeszcze na studiach. Potem nadeszła era mp3 i płyty stały się zbędę. Tak, wiem że zaraz mi ktoś napisze o jakości bla bla bla. Ja różnicy nie słyszę i spokojnie mogę słuchać ripów z jutuby.

Filmy an DVD 

Szybki internet i mnogość serwisów filmowych sprawiły, że kupowanie DVD stało się bezsensowne. Nawet jak lubię do niektórych filmów wracać, to nie muszę ich mieć na płytach. W każdej chwili mogę sobie obejrzeć, nawet na telefonie.

Słodycze i inne przekąski

Pokusy czyhają na każdym kroku. Czekasz na autobus – sklep na przystanku. Leżysz na plaży – budka z lodami zaraz obok. Można by jeść te batoniki i orzeszki wszędzie i zawsze. Pić soczki, chować ciastka w szufladach i lody w zamrażarce. Nie mam takiej potrzeby. Nie podjadam, nie zagryzam i nie pogryzam. Jem trzy razy dziennie i tyle. Jak mam ochotę na loda albo ciastko to idę do dobrej cukierni.

Woda w butelce

Od lat piję wodę z kranu. Nie tylko w domu, ale wszędzie gdzie jestem. W knajpach zawsze proszę o kranówę. Woda bywa lepsza i gorsza, ale zawsze jest to woda i gasi pragnienie.

Kosmetyki do makijażu

Krem BB, kredka do brwi i tusz do rzęs – to moja cała kosmetyczka. Nie zawsze tak jednak było. Kiedyś nakładałam na twarz wszystkie szanujące się warstwy. Potem doszłam do wniosku, że jak zadbam o cerę  to nie będę musiała jej niczym podkolorowywać. Zaczęłam stosować kosmetyki tylko ekologiczne i już nigdy nie wróciłam do makijażu. Od paru lat nie farbuję też włosów i odkryłam, że mam całkiem ładny naturalny kolor. Nie przestałam jednak się malować i farbować włosów na fali minimalizmu. Zrobiłam to raczej z lenistwa – zawsze wydawało mi się to stratą czasu. Teraz mogę dłużej rano pospać a na wieczorne wyjście jestem gotowa szybciej niż moja męska połówka.

Telewizja

Po przeprowadzce do Anglii nie miałam najpierw możliwości oglądania telewizji. Potem już tak się odzwyczaiłam, że przestałam mieć również ochotę na oglądanie telewizji. Nie płacę abonamentu, nie mam żadnych pakietów, polsatów i satelitów. Filmy oglądam w kinie albo przez Netfix itp. Poza tym mam Youtuba.

Biżuteria

Nigdy specjalnie nie lubiłam nosić, czułam jednak pewną presję, że jako kobieta powinnam. Wyrosłam z przejmowania się opinią innych ludzi i teraz mam tylko jedną parę kolczyków, pierścionek i jeden naszyjnik na wielkie wyjścia. Noszę tylko zegarek.

Bielizna

Oczywiście noszę bieliznę! Tylko jednokolorową, tylko bawełnianą. Nie kupuje bielizny na tzw. specjalne okazje, czy do nowej sukienki. Koronki mnie drapią a w sztucznych tkaninach się duszę. Stringi to jakaś tortura, a druty w biustonoszach przyprawiają mnie o zawał serca. Mam kilka zestawów czarnych i kilka białych. Nowe kupuje tylko wtedy, gdy coś mi się zniszczy.

Skarpetki

Latem nie noszę. Na zimę mam kilka par, wszystkie czarne i wszystkie bawełniane. Kupuję tylko jak mi się podrą, czyli prawie nigdy.

Papiery i przybory do pakowania prezentów

Prezenty pakuję w to, co mam pod ręką. Szary papier, gazeta… Ozdabiam kwiatami, liśćmi i innymi skarbami z ogrodu. Zawsze wszyscy się zachwycają moim pakowaniem.

Pamiątki

Z podróży wracam ze całą masą zdjęć i wspomnień. 

Kremy do każdej części ciała

Jeden krem do łydki, drugi do uda, trzeci na pośladki. Nie. Wszystko można posmarować jednym i tym samym. Gwarantuję, że efekt będzie taki sam jak po specjalnym kremie. Inwestuje w jeden dobry krem i smaruję wedle zapotrzebowania. Tylko do twarzy mam inne.

Środki czystości do każdego pokoju i sprzętu z osobna

To samo co wyżej. Czy na prawdę trzeba mieć osobne mleczko do mycia kranu w kuchni i do kranu w łaziance? Płyn do kibla, mleczko do czyszczenia, płyn do okien, i coś do mycia drewnianej podłogi – tym można wysprzątać cały dom. Nigdy też nie kupowałam i nie będę kupować takich nasączonych szmatek – to ustrojstwo jest praktycznie nierozkładalne i nie nadaje się do recyclingu. Wytrzesz raz stół, a to potem będzie pływało w oceanie do końca świata i przy okazji zamorduje kilkadziesiąt delfinów. Nie warto.

Na pewno jest jeszcze cała masa rzeczy, których kupowanie mogłabym ograniczyć. Pracuję na tym. A wy z jakimi zbytkami się pożegnaliście? Zainspirujcie mnie.

  • Świetny wpis. Kusi mnie, żeby jednak napisać na temat płyt, bo mam do nich zwyczajny sentyment. Ale od kiedy jestem z moim partnerem, to przekonał mnie do słuchania muzyki ze spotify. Mamy dobry mały głośnik bezprzewodowy z bluetoothem (polecam!) i jest świetna jakość. Nawet z jutuba;) A co do bielizny to zgadzam się w 100%. Też noszę tylko bawełnę i tylko jednokolorowe.

    • ten sentyment to najgorszość! ja też często robię, albo nie robię, rzeczy przez sentyment, np. trzymam jakieś stare listy i pocztówki, albo nie wyrzucam zniszczonych ubrani… pomału się jednak tego pozbywam, bo myślę, że jednym z warunków szczęśliwego życia jest skupianie się na tu i teraz. przeszłość trzeba pamiętać i się z niej uczyć, ale już niekoniecznie trzeba trzymać ją zamkniętą w pudełku czy w szafie.

  • <3 Podpisuję się wszelkimi kończynami jakie posiadam! Mam w domu kolekcjonera, co pomaga mi w pielęgnowaniu mojego minimalizmu- w celu zachowania względnej harmonii 😉 Jedyne czego nie mogę sobie odmówić to second handy i wystawkowe grzebalnie- pracuję nad tym !

    • oj, doskonale rozumiem 🙂 sama nie wiem jak udało mi się wyleczyć z tego nałogu. ale do tej pory mama w szafkach poupychane zdobyczne starocie, różne filiżanki, talerzyki, wazony. część nadal się przydaję, pozastałe staram się jakoś przekazać dalej