lifestyle, styl

MINIMALIZM W SZAFIE

No i prawie mamy listopad…. Naprawdę nie wiem jak to się stało! Pamiętam jeszcze ciepłe dni, zielone drzewa i długie wieczory a tutaj w niedzielę zaczął się czas zimowy i ciemni robi się już po 17.00. Drzewa mienią się żółcią i czerwienią a rano zmarznięte ręce trzeba chować do kieszeni. Płaszcz i szalik zagościły już w mojej szafie i coraz częściej ubieram skarpetki. Jeszcze nie przestawiłam się na długie wieczory i o 20.00 już chce mi się spać. Mamy jesień.

Przegapiłam moment zmiany pór roku. Zaganiana pomiędzy pracą i obowiązkami nie miałam czasu na nic innego. Nie miała czasu rozejrzeć się dookoła.  Jakoś tak bez refleksji wyjęłam zeszłoroczne buty i płaszcz. Nie zauważyłam, że płaszcz jakiś wytarty a w butach jest dziura. Może nie chciałam tego zauważyć, bo oznaczałaby to że muszę uporządkować i podreperować swoją zimową garderobę.

Od kilku lat nie kupuję już ubrań impulsywnie. Nauczyłam się panować nad zakupowym szaleństwem. Jak mi się to udało. Po prostu wymyśliłam sobie styl. Zdecydowałam co mi się najbardziej podoba, jak chciałabym wyglądać i konsekwentnie się tego trzymam.

Wymiana ciuchów to nigdy nie odbywa się natychmiast. Jest to długi proces i zwykle wieloetapowy. U mnie zaczął się właśnie od określenia dokładnie co chcę osiągnąć i jak chcę wyglądać. Potem zrobiłam wstępne porządki w szafie – na tym etapie nie można za dużo wyrzucać bo po prostu nie będzie miało się w czym chodzić. Pozbyłam się tylko ‘rzeczy-zapychaczy’, czyli takich które leżą miesiącami na półkach i się ich nigdy nie ubiera. Pozbyłam się starych łachów które trzymałam tylko przez sentyment. Potem zaczęłam stopniowo kupować te wymarzone ubrania. Stopniowo, bo postanowiłam zrezygnować z tanich ‘high-street’owych’ szmat szytych ze sztucznych materiałów i przestawić się na droższe marki. Oznaczało to, że muszę kupować mniej i moje zakupy muszą być bardziej przemyślane. Tutaj znowu wraca temat stylu – gdy ma się sprecyzowany pomysł na własny wygląd, to wystarczy tylko kilka podstawowych ubrań aby zbudować swoją garderobą. Reszta leży w ich zestawianiu.

Nie wiem czemu w pewnym momencie mojego życia zapomniałam o tej zasadzie. Zupełnie nie miałam pomysłu na siebie i moja szafa pełna była przypadkowych ubrań. Dziesięć par takich samych dżinsów z tanich sieciówek, koszule i topy z poliestru, kolorowe szaliczki…masakra! Nie zawsze tak przecież było, bo jako dzieciak, nastolatka i młoda dorosła zawsze miałam jakiś pomysł na swój wygląd. Od punkowej przewrotności i czerwonych włosów, poprzez grunge z jego lumpeksowymi koszulami, aż do gotyckiej czerni. Potem…potem wolę nie pamiętać w co się ubierałam. Zupełny chaos.

Na szczęście od dwóch lat wiem dokładnie w czym czuję się najlepiej i konsekwentnie dążę do tego, by moja szafa zawierała tylko ciuchy niezbędne i w moim stylu. Ostatnio kolejne trzy reklamówki powędrowały do ‘charity shop’.  Z całej szuflady szalików pozostały dwa. Moja kolekcja dżinsów to tylko trzy pary: czarne, szare i niebieskie. Mam dwie torebki i dwa plecaki. Cztery pary butów, trzy sportowe i jedne tzw. wyjściowe. Obcasów nie uznaje – kiedyś nosiłam, ale zawsze czułam się nich jakbym była przebrana a nie ubrana. Po co się męczyć? Wszystkie buty na obcasach wyrzuciłam. Przestało mnie interesować co wypada i co się powinno. Wyglądam tak jak chcę. Przez lata miałam krótkie włosy bo zawsze jak chciałam zapuścić, to jakaś mądra fryzjerka odwodziła mnie od tego pomysłu mówiąc, że będę źle wyglądać ponieważ mam bardzo pociągłą twarz. Tak, mam pociągłą twarz. Zapuściłam włosy i uważam, że nigdy nie wcześniej nie wyglądałam tak dobrze. Wniosek? Nie dać się ogłupić i zamiast poddawać się zakupowemu szaleństwu i bezmyślnie podążać za modą, lepiej wypracować własny styl. No i pamiętać, że więcej nie znaczy lepiej. Posiadanie dużej ilości ubrań nie gwarantuje, że będziemy zadowoleni ze swojego wyglądu. Ideałem jest stan, gdy rano stajemy przed szafą i nie mamy dylematu ‘nie mam się w co ubrać’ nawet pomimo małej ilości posiadanych ciuchów. Warto zatem oduczyć się kupowania tanich szmat co do których nie jesteśmy do końca przekonani, a zaoszczędzone w ten sposób pieniądze przeznaczyć na ten wymarzony ciuch.

Ja stawiam na minimalizm. Jednolite materiały, spójna kolorystyka, proste kroje. Długo zastanawiałam się jakie buty kupić na zimę i wreszcie wybór padł na niskie, czarne Martensy. Pasują do wszystkiego i na każdą pogodę, będą to zatem jedyne buty które kupię w tym sezonie. Dżinsy czarne mam już upatrzone w Zara. Niebieskie Calvin Klein’a kupiłam rok temu na eBayu. Czarna koszula i szary sweter są z COS. Koszula jest długa i zwiewna, pasuje do wszystkiego. Czarny szalik musi koniecznie być wełniany albo bawełniany, marka nie gra roli. Płaszcz to zawsze największy wydatek i dlatego trzeba dobrze się zastanowić. Ja zakochałam się w tym z COS i jest już mój! Torbę Gwyneth od DAY Birger by Mikkelsen  mam już od jakiegoś czasu i nie zamierzam zmieniać. Latem malowałam paznokcie na biało, teraz upodobałam sobie kolor Chinchilly od ESSIE.  Nowością dla mnie w tym sezonie jest biżuteria. Nigdy nie nosiłam ale teraz zakochałam się w minimalistycznych naszyjnikach Rett Frem – są przepiękne. Innych dodatków nie mam i mieć nie chcę. Może tylko zwykła czarna czapka na duże mrozy (w Londynie na szczęście nie występują zbyt często).

Nie zamierzam kupować nic więcej w tym sezonie. Generalnie kupowanie ciuchów mnie nudzi i dlatego minimalizm podoba mi się podwójnie, ze względów estetycznych, ale także tych pragmatycznych – nie trzeba spędzać zbyt dużo czasu na zakupach. Nie mam też problemu z miejsce na ciuchy. Od lat ja i mój H. mieścimy się w jednej, trzydrzwiowej szafie. Łatwiej tak się żyje, serio.

Odradzałabym jednak stosowanie się do wszelkiej maści poradników na temat szaf minimalistki. Wszystkie one radzą tylko jak wyrzucać, ale nie mówią że podstawą to tworzenia tzw. capsule wardrobe jest posiadanie własnego, sprecyzowanego stylu. Bez tego nasze szafy zapełnią się ponownie w bardzo krótkim czasie. Aha, bycie modym to nie to samo co posiadanie stylu.

minimalizm
>/div>