minimalizm

MINIMALIZM: OD CZEGO ZACZĄĆ

Znowu ten minimalizm. Wszyscy nagle zajmują się wyrzucaniem rzeczy. Mnożą się poradniki o tym, jak żyć posiadając tylko sto rzeczy, jak projektować idealną capsule wardrobe, jak zmniejszyć ilość gratów w szafkach kuchennych. Ogarnęła nasz obsesja wyrzucania. Tylko czy naprawdę jest to bunt przeciwko rozbuchanemu konsumpcjonizmowi? Mam dwa spostrzeżenia:

Minimalizm stał się modą i zgubił swoje pierwotne znaczenie. Został zredukowany do sprzątania w domu czy noszenia tylko siedmiu ciuchów w jednym tygodniu. Pisałam już o tym tutaj. Posprzątałaś w koszu na gazety i czasopisma? Brawo, jesteś już minimalistką.

Moda na minimalizm spowodowała szał zakupowy. Tak, tak, dzisiejsi minimaliści kupują na potęgę. Wyrzucili wszystkie swoje stare i niemodne graty, czas zatem kupić nowe. Minimalizm wymaga przecież posiadania trendy gadżetów- minimalistyczny zegarek DW, minimalistyczne sukienki dresowe, minimalistyczne lniane torby, minimalistyczne plakaty na ścianę, minimalistyczna lniana pościel. Nie zapominajmy też o czasopismach i książkach o minimalizmie. No i o kosmetykach. I o nowym pasku do aparatu fotograficznego.

To tyle, jeśli chodzi o krytykę. Przecież gdy potrzeba uproszczenia życia jest autentyczna i wypływa z głębokich refleksji, to cały ten minimalizm może być całkiem sensowną i pomocną filozofią. Ważne jest jednak żeby ta potrzeba uproszczenia życia nie była chwilową zachcianką i aby nie była po prostu gonitwą za modą, ale żeby wynikała z wewnętrznej potrzeby. Jeśli ten warunek nie zostanie spełniony, to z całą pewnością za jakiś czas powrócimy do starych nawyków.

Co z tego, że pozbędziemy się starych gratów, jeśli za chwilę zastąpimy je nowymi? Po co wyrzucać ulubione czasopisma skoro za kilka tygodniu znowu na stole będzie piętrzyła się sterta nowych? Jeśli tak właśnie się stanie, to znaczy, że nie jesteśmy gotowi albo po prostu nie potrzebujemy życia z mniej. Często nie będziemy jednak tego wiedzieć dopóki nie spróbujemy. Od czego zatem zacząć? Jak spróbować uprościć, uporządkować i zmienić swoje życie? Oczywiście najlepiej od zmiany swojego otoczenia.

Nadmiar ma to do siebie, że często trudno jest go zidentyfikować. Wszystko wydaje się na niezbędne ale z drugiej strony denerwuje nas bałagan w szufladach, ciuchy wylewające się z szafy i kable upchnięte za biurkiem. Trzeba zdefiniować, co tak naprawdę znaczy, że coś jest niezbędne. Niezbędna rzecz to taka, którą używamy często, albo taka której brak może prowadzić do zagrożenia zdrowia lub życia. Wyjątkiem tutaj są ubrania, bo przecież zimowej kurtki można nie ubierać miesiącami (lato!) ale przez inną część roku nosimy ją codziennie. Wszystko inne zalicza się do kategorii “przyda się”. Większość gratów w naszych domach to właśnie takie przydasie. Kolejną kategorią do odstrzału są rzeczy występujące całymi chmarami. Trzydzieści kubków, stos skarpet, pięć otwieraczy do butelek, cała szuflada długopisów, góra ściereczek kuchennych i szafa zapchana prześcieradłami. Tego nawet nie można racjonalnie wytłumaczyć bo jaki może być powód, dla którego trzyosobowa rodzina potrzebuje piętnastu ręczników? W razie wojny czy może jak trzeba będzie nagle odebrać poród?

Często jest też tak, że tego nadmiaru nie widać. Upchany w szafach, kartonach, pod łóżkiem czy w piwnicy nie rzuca się w oczy. Czy właśnie dlatego chcemy mieć duże domy i przestronne mieszkania żeby upychać w nich te wszystkie graty? Przestrzeń powinna służyć domownikom, a nie rzeczom. Nawet najpiękniejsza sofa będzie niewygodna jeśli narzucimy na nią górę poduszek i koców. Nawet najfajniejszy stolik będzie bezużyteczny jeśli zastawimy go wazonami, świecznikami i serwetkami.

Chyba właśnie ten nadmiar durnostojek w moim domu sprawił, że wreszcie na serio się wkurzyłam. Denerwowało mnie to ich wszędobylstwo, obecność na każdej półce, blacie czy szafce. Większość kupiona impulsywnie-to pamiątki z wakacji, to jakieś przeceny czy rzeczy, które po prostu wpadły mi w oko. Stworzył się wizualny chaos. Te, które już zupełnie wypadły z łask powędrowały do szuflad i stworzyły chaos także za zamkniętymi drzwiami. Wszystkiego było mi szkoda. Jednak po miesiącach analizowania wzdłuż i wszerz nastał wreszcie ten specjalny dzień i wreszcie wszystkie przydasie trafiły do czarnego wora. Kable, kabelki, pocztówki, listy, filmy na DVD (po co komu filmy na DVD w dzisiejszych czasach?), książki niezbyt lubiane, ciuchy od sezonów nienoszone…. Wszystko to poszło albo na śmietnik albo zostało oddane do charity shop.

I co? Jest super. Nie czuję się źle bez tych rzeczy, minęło już trochę czasu a ja z niczym nie zatęskniłam. Mam teraz dużo miejsca w szafkach i na półkach a pod łóżkiem zamiast pudeł siedzi kot. W domu zrobiło się ładniej a na duszy lżej. Staram się tylko nie myśleć o tym, że tak naprawdę na śmietnik poszły pieniądze. Na każdą z tych rzeczy musiałam zapracować, poświęcić swój czas siedząc w pracy czy wykonując jakieś czynności. I to chyba jest główna motywacja do życia z mniej i życia prościej-świadomość, że siedzę w pracy X godzin dziennie tylko po to, aby kupić kolejną kieckę czy jakiś tam wazon. Moje życie można odmierzać w rzeczach. Dwie godziny w poniedziałek rano to buty, które ubrałam dwa razy. Pięć godzin w słoneczny piątek to kolejna torebka, która będzie zalegać w szafie przez większość czasu. Smutne, prawda?

Dlatego chcę pisać o tym, jak probować walczyć z nadmiarem bez popadania w minimalistyczne przesady. Posiadanie tylko 100 rzeczy nie jest dla wszystkich, ale można po prostu zostać świadomym konsumentem i ograniczyć zakupowe szaleństwo do wygodnego minimum. Jeśli jesteście ciekawi to zapraszam na kolejne wpisy już niedługo.

kot na oknie
bookshelf dining room

  • Nawet kot wygląda minimalistycznie 😉

    • Agatha

      jak to mówią – na tym polega dobry styl ;P

  • Przelicznik na czas pracy to chyba najskuteczniejszy motywator do niekupowania czy też właściwego rozeznania swoich potrzeb.

    • zgoda. chyba, że ktoś ma nadmiar czasu 🙂